Krakowskie tradycje intelektualne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Błąd
  • XML Parsing Error at 1:90. Error 9: Invalid character

Władysław Konopczyński, "Psychologia ekscelencji Bobrzyńskiego"

Kilka tygodni temu, spotkawszy się w Bibliotece Jagiellońskiej z Ekscelencją Bobrzyńskim, usłyszałem od niego na pożegnanie radę, aby nie mieszać polityki narodowo-demokratycznej do pracy naukowej.

Obstupui. Spodziewałam się raczej wszystkiego, raczej dumnego stwierdzenia, że i ja uległem na ogół wpły­wom szkoły krakowskiej, niż takiej admonicji z ust autora Dziejów Polski w zarysie. Zanim zdążyłem po­konać zdumienie i przezwyciężyć wyrozumiałość dla wieku, co zwykł ojcowskie napomnienia dawać wszyst­kim i wszędzie, p. Bobrzyński znikł, Dziś dopiero, po uka­zaniu się w ?Czasie? czterech felietonów tego autora o Naszych historykach wobec wojny światowej, widzę, że Ekscelencja chciał mnie nie tylko pouczyć, ale i skar­cić, i że odpowiedź nie była zbyteczna.

Weteran tzw. ?szkoły historycznej krakowskiej? roztrząsa po kolei poglądy badaczy dzisiejszych na war­tość ustroju dawnej Rzplitej i na przyczyny jej upadku. W sedno sprawy nie bardzo się zapuszcza, ponieważ są­dzi, że uczynił to już Stanisław Zakrzewski, pisząc w ?Kwartalniku Historycznym? o ?Ideologii ustrojowej?. Za to zastanawia się nad ?psycho­logicznym procesem przejścia z dotychczasowej szkoły historycznej do nowej szkoły, nad pobudkami tego przejścia i nad drogami, które do celu tego prowadzą?. W reakcji prze­ciwko dawnym poglądom widzi dużo gwałtownej kry­tyki, politycznej raczej niż naukowej, ?odgrzewanie po­glądów romantycznych i mistycznych?, natomiast brak nowej syntezy. Najobszerniej i najrzeczowiej traktuje O. Balzera; najłaskawiej J. Kallenbacha, który jakoby w przeciwieństwie do innych prelegentów z cyklu o ?Przyczynach upadku Polski? mówił z bólem i goryczą; z największym uznaniem wyraża się - o St. Zakrzewskim; z najsurowszym potępieniem - o publicyście A. Chołoniewskim; najpogardliwiej - o niżej podpisanym.

Nie moją jest rzeczą rozsądzać p. Bobrzyńskiego i jego przeciwników; sami oni niech bronią swej prawdy. Zostawiam też na uboczu merytoryczną stronę kwestii, bo felietony ?Czasu?, choć zawierają niejedną trafną myśl, nie są dość poważnym powodem, aby już teraz wy­powiadać o przyczynach upadku Polski, oraz o jej war­tościach idealnych, swoje ostatnie słowo. Ale w imię czystości naukowego myślenia i rzetelności walki publi­cystycznej muszę scharakteryzować drogi, którymi sędziwy krytyk stąpa do swojego celu.

Krótko mówiąc, jaką opinię stara mi się wyrobić p. Bobrzyński wśród swoich czytelników?

1) że na przeszłość patrzę przez pryzmat doktryny narodowo-demokratycznej,

2) że jednak jestem niekonsekwentny,

3) że robię z katedry reklamę p. Chołoniewskiemu, którego nazywa sympatykiem narodowej demokracji, i że wygłaszam triumf publicysty nad ?szkołą krakowską?,

4) że pod adresem tej ostatniej robię insynuacje,

5) że nie mając odwagi mówić we własnym imie­niu, wkładam krytykę w usta ?publiczności czytającej?.

I taki to człowiek bez własnego sądu, bez odwagi wypowiadania przekonań, bez konsekwencji, dostał się na katedrę Szujskiego i Smolki!

Wątku do oskarżenia dostarczyły p. Bobrzyńskiemu odczyty - jeden o polityce zagranicznej dawnej Rzplitej, drugi o pierwszym rozbiorze, trzeci - wykład wstępny w Uniwersytecie Jagiellońskim, wygłoszony d. 16 (nie 15) stycznia 1918 r., a drukowany w ?Głosie Narodu?.

Twierdziłem, że nieumiarkowany pęd naszej ekspan­sji ku Wschodowi zmuszał Rzplitą do cofania się i re­zygnacji na Zachodzie, a zwłaszcza odciągał nasze siły od walki o Bałtyk. Można by zapewne z tym zdaniem pole­mizować, można by dowodzić, że ziemiom polskim potrze­bniejszy był dostęp do Euksynu przez Dniestr lub Dunaj, albo nawet do Adriatyku - przez Wiedeń i Triest. Ale p. Bobrzyński rzeczowo ze mną nie polemizuje, i nic dzi­wnego. Już czterdzieści lat temu pisał pewien głośny histo­ryk tę starą prawdę, że w końcu XVI w. walka o Morze Bał­tyckie była najżywotniejszą naszą sprawą zewnętrzną - a więc żywotniejszą, niż np. walka o Smoleńsk, a i za Sobieskiego należało z pomocą Francji atakować kurfirsta [elektora] i cesarza. Dalej wyraziłem się ostrożnie, że czasowa unia osobista z Moskwą była może w wieku XVI środkiem sposobnym do załagodzenia przeciwieństw polsko-moskiewskich i do użyczenia caratowi naszych urządzeń wolnościowych. My mielibyśmy wówczas w takiej unii prze­wagę; ?dlatego kandydatura Teodora Iwanowicza w r. 1587 nie wydaje się nam z perspektywy niebezpie­czna? - w przeciwieństwie do kandydatur Aleksego (1656) i jego syna (1674) po powstaniu kozackim. Z tym także p. Bobrzyński nie polemizuje, i nic dziwnego. Pe­wien głośny historyk pisał przed czterdziestu laty o wiele kategoryczniej: ?Za Fiedorem przemawiały? ogromne polityczne korzyści, unia z Moskwą nie przestała być od pierwszego bezkrólewia najwyższym Zamoyskiego ma­rzeniem, była koniecznym warunkiem stanowczego od­parcia i pokonania półksiężyca, ?stała za nim (za Fiedorem) jak jeden mąż Litwa, stali wszyscy stronnicy Zamoyskiego, a przede wszystkim Zamoyski?. Przeszkodził - katolicyzm, który zdaniem owego autora nie za­wsze był konieczny do zbawienia Polski. Może Eksce­lencja odszuka u siebie te cytaty i sprawdzi ich ścisłość??

Jemu to wolno było pisać, bo on pracował li tylko ?w imię prawdy dziejowej?. Przeciwnie Konopczyński daje ?ni mniej ni więcej jak próbę historii polskiej, jakby wyglądała napisania ze stanowiska narodowo-demokratycznego?; podejmuje on tezę Dmowskiego (z książki Niemcy, Rosja i kwestia polska, 1908), ?że Polska po­winna być przedmurzem dla Rosji przeciw ekspansji Nie­miec i widzieć w tym misję swą historyczną?. Dlatego to Konopczyński ?oświadcza się za pokojem i unią z Rosją, za elekcją cara na tron polski?.

Jak widzimy, p. Bobrzyński przenika moje pobudki i drogi na wylot. On tylko nie wie, że po pierwsze, książki Dmowskiego nigdy dotąd nie czytałem, i że pogląd na znaczenie Bałtyku wyrabiałem sobie w Szwecji, pracując w archiwach i bibliotekach; po wtóre, nie wie tego, że w kwietniu r. 1917 nie należałem jeszcze do stronnictwa ND, więc nie podlegałem też jego dyrektywom. Przystąpiłem do niego znacznie później, doszedłszy do wniosku, że jest ono nie tylko najpatriotyczniejszym i najuczciwszym ze stronnictw polskich, ale też najszczęśliwszym w wyborze orientacji zewnętrznej. Przewidywałem, że mój akces nie przysporzy mi popularności w Krakowie, że ludzie ciasnych poglądów lub nierzetelni będą mi na każdą myśl, wyrzeczoną choćby z katedry, rzucali w oczy łatwą odpowiedź: ?mówisz tak, boś narodowy demo­krata?. Ale sądy takie były dla mnie niczym w porówna­niu ze świadomością, że wówczas, w r. 1917, należy otwarcie podać dłoń ludziom, prowadzącym Polskę na dobrą drogę z tego trzęsawiska, w które wepchnęli ją narzucający się na wodzów zaślepieńcy i karierowicze.

Psychologia p. Bobrzyńskiego sięga wszelako dalej. Ona wie nawet, jakby wyglądał krótki zarys historii pol­skiej, gdyby go napisał Konopczyński, i wie, jakie by on wywołał ?przerażenie?: tam Kazimierz Wielki nazy­wałby się Małym itd. Tego już trochę za wiele. Na ja­kiej podstawie pan Bobrzyński kładzie mi w usta non­sensy, których nigdy nie powiedziałem, - mnie, który nigdy nie stosowałem sumarycznego procesu do królów ?Dojutrków? i ?Poczciwców?? Czy to jest metoda ?Szkoły historycznej krakowskiej?? W każdym razie nie metoda Szujskiego.

A potem w trzech wierszach zarzut niekonsekwen­cji, żem nie wysnuł jakichś ?koniecznych wniosków? ze swojej rzekomej tezy, mówiąc o pierwszym rozbiorze. Prawdopodobnie wnioskować należało, że dla uratowa­nia Prus Zachodnich Stanisław August powinien był jesz­cze bezwzględniej, niż to uczynił, rzucić się w ramiona Katarzyny. Podobny wniosek mógłby wysnuć chyba taki historyk, który by konsekwencję myśli doktrynerskiej łą­czył z ignorancją faktu, że w latach 1768-72 istniał wy­bór tylko między Konfederacją Barską, opartą o Francję i Austrię, a Rosją i Prusami, które działały łącznie i ra­zem dążyły do zabicia Polski. Co innego jest, mając względną swobodę ruchów, jak Polska XVI do XVII wie­ku, kierować rozumnie swoją ekspansją, a co innego, wi­sząc nad przepaścią - walczyć o śmierć lub życie. Nie­stety. Konopczyński postępuje źle, gdy nie wysnuwa ?ko­niecznych wniosków? i postępuje śmiesznie - przepra­szam, postępowałby śmiesznie, gdyby je rozciągał na Ka­zimierza Wielkiego (co także walczył o byt). Bo w ogóle, narodowy demokrata zawsze źle postępuje.

Jeżeli on przypadkiem zgani dawny pasywizm szla­checki - a trudno to było zrobić dobitniej, niż zrobił Konopczyński w odczycie o ?Polityce zagranicznej? (s. 201-2), to oczywiście zachodzi tu znów wypadek niekonsekwencji: bo wiadomo z góry, że ów prelegent w swej naukowej i profesorskiej działalności ulegał na­strojowi pasywizmu, który ?uzasadniano teorią neutral­ności, wydobytą z literatury, poprzedzającej rozbiory?.

Zachęcony przez p. Bobrzyńskiego, wziąłem do rąk książkę Dmowskiego, aby zobaczyć, jakiej to ja właści­wie tezy politycznej bronię. I cóż się okazało? Dmowski w r. 1908, siedząc pod ciężką łapą Czertkowa, pisał o ?Przełomie w kwestii polskiej? (r. VI), że ?groźna w swym wzroście potęga Niemiec i południowo-wschodni kierunek niemieckiej ekspansji wskazały (w oczach Europy) rolę Polski, jako głównej tamy tego zwycięskiego pochodu. Ta rola dzisiejsza naszego narodu sprawić musi, że kwestia polska w bliskiej przyszłości stanie się jedną z ważniejszych kwestii europejskich?. ?Po zmianach, jakie nastąpiły w Europie od ostatniego powstania, Wschód europejski przestał być groźny, a natomiast głównym źródłem niebezpieczeństwa dla in­nych narodów, a także i dla samej Polski, stała się Europa środkowa, niemiecka? (str. 254-5). Podobno przepowiednie te się ziściły - i podobno, dzięki mężowi stanu, który to przewidział, mogliśmy rozwinąć aktywizm obli­czony nie ?na zdechłą szkapę?, i dziś stoimy wolni w rzę­dzie zwycięzców. Lecz gdzie jest w książce Dmowskiego ?przedmurze Rosji?? Gdzie tak pojęta ?misja historyczna Polski?? Doprawdy Ekscelencjo, trzeba być ostrożnym nawet wobec przeciwników chorych i dalekich, bo mogą się znaleźć ludzie zdrowi, którzy fałsz zdemaskują!

Ale przejdźmy do rzeczy weselszych - do oceny owej ?szkoły krakowskiej?. Czytelnik ?Czasu? dowiedział się od p. Bobrzyńskiego, że ja ?pod wpływem chwi­lowego politycznego nastroju? ex cathedra ogłosiłem ?triumf Buszczyńskich i Chołoniewskich?, i na arbitra między uczonymi wezwałem publicystę, autora Ducha dziejów Polski. ?Konopczyński nie ma słów na potępienie szkoły krakowskiej niesłychanie surowej wobec dawnych grzechów, nader tendencyjnej, podległej wpły­wom postronnym (jakim?), a skostniałej w dogmatyzmie katolickim?. Doprawdy? Gdzież on to powiedział? W ?Gło­sie Narodu? czytamy: ?czytelnikom zamiejscowym, zwłaszcza warszawskim, zdało się, jak gdyby w Krako­wie rozpleniła się cała wielka ?Szkoła krakowska?, niesłychanie surowa wobec dawnych grzechów, nader ten­dencyjna, podległa wpływom postronnym, a skostniała w dogmatyzmie katolickim. Naprawdę, ?szkoły? takiej nie było?. I dowodziłem dalej, że w istocie całą rzekomą szkołę składali trzej historycy ?wybitnego talentu a tęgiego hartu?, Kalinka, Szujski i Bobrzyński, że owoc myśli Szujskiego wytrzymał na ogół wszelką kry­tykę, że natomiast Bobrzyński swą przesadą i tenden­cyjnością przyśpieszył reakcję ?optymistów?, że wreszcie stronnictwo Stańczyków nadużywało powagi naukowej swych członków, stosując w polityce zasady, które ra­żąco kłóciły się z ich oceną dziejów[1].

Autor Dziejów Polski staje jako świadek i oznajmia, że jednak szkoła krakowska istniała. Na to mamy inne świadectwo, ś. p. Wincentego Zakrzewskiego, który z naciskiem podkreślał (w ?Kwartalniku? i w licznych odezwaniach się ustnych), że owa szkoła jest wymysłem Wł. Smoleńskiego, i niczym więcej. Ale to kwestia uboczna. Ciekawsze jest nieporozumienie, jakie pan Bo­brzyński usiłuje wywołać między mną a czytelnikami ?Czasu?. Starałem się sam zająć postawę arbitra między ?pesymistami? i ?optymistami? i podobno mi się to udało (tak mówił mi powoływany przez pana B. z uznaniem prof. Stanisław Zakrzewski); ostrzegałem przed niedocenianiem zasług owych badaczy ?krakowskich?: o ?przysięgłych obrońcach? dawnej Rzplitej mówiłem z ironią, którą rozumiał każdy słuchacz lub czytelnik niegruboskórny - kto nie wierzy, niech sprawdzi, niech spyta ludzi nieuprzedzonych. Pan Bobrzyński wolał nie rozumieć, wolał głosić, że Konopczyński solidaryzuje się z triumfatorami, i sam ich triumf ex cathedra obwieszcza. Wyraźnie przypisywałem niesłuszne sądy o ?szkole krakowskiej? pewnym kołom czytającej publiczności; pan Bobrzyński wmawia, że ja się bałem powiedzieć takie rzeczy prosto od siebie, bo ktoś by mię za to zganił na sali. Ironicznie podnosiłem, że jakoś mimo napaści, nikt ze ?szkoły krakowskiej? nie skapitulował, chociaż jej nastrój minął lat temu 30; pan Bobrzyński odpycha tę ?insynuację?. Grzecznie, ale skutecznie prostowałem błę­dy publicysty Chołoniewskiego, kwalifikując jego książkę dla młodzieży i ludu[2] (niektórzy mówią, żem mu po­święcił trochę za wiele czasu): pan Bobrzyński chce sły­szeć u mnie samą tylko apologię Ducha dziejów. A kiedy wreszcie moja krytyka staje się zbyt dojmu­jąca - w tym samym miejscu, w którym pan Chołoniewski, czytając ją, po prostu traci kontenans - pan Bobrzyń­ski odnajduje raptem - niekonsekwencję. Bo narodowy demokrata nie może ani sprawiedliwie sądzić, ani wy­stępować z otwartą przyłbicą, ani być konsekwentny.

Sapienti sat [mądremu wystarczy]. Ale do tych ludzi, których rozum i lojalność popadają w gorączkę na widok nazwiska endeckiego lub na pozór endeckiego, mamy dwie prośby. Należałoby traktować przeciwników według jednej miary, bez względu na to, jakie stanowiska zajmują w Akademii, i czy gazety wymieniają ich jako kandydatów na mi­nistrów[3]. Ja, który w różnych pracach wypowiadałem o przeszłości sądy wprost nielitościwe (wyrażenie rosyj­skiego krytyka Jastrebowa), mam także prawo słyszeć z ust weterana ?szkoły krakowskiej? opinię w innym stylu, niż w tym, że ?palę jedną świeczkę diabłu, a drugą Panu Bogu?. Tego wymaga elementarna sprawiedliwość.

Po wtóre, jeżeli się postanowiło poniżyć w oczach czytelnika niegodnego następcę Józefa Szujskiego, toć byłoby o wiele przystojniej poddać gruntownej krytyce je­dno z jego źródłowych dzieł, aniżeli wyprawiać niezgrabne harce nad paru odczytami. Ekscelencja Bobrzyń­ski miał do tego powód najbliższy, odkąd mu - nie w za­kresie swojej specjalności, ale w jego własnej epoce ja­giellońskiej - wytknąłem poważne błędy. W książkach moich są także błędy. Poszukajcież panowie, między sobą krytyka, który by się nie uląkł głębszej dyskusji naukowej.



[1] Dziś utrzymuje p. Bobrzyński, że obóz aktywistyczny, który porwał się do czynów, ?opierał się na szkole historycznej krakowskiej?. Innego zdania był prof. Tokarz (Z refleksji historyka w ?Wiadomościach Polskich?, nr 158-159). A warto by też posłuchać, co sądzą o tej ciekawej kontrowersji z jednej strony socjaliści, a z drugiej - realiści warszawscy, spadkobiercy ugo­dowców.

[2] I dziś nawet nie cofam tego zdania. Choćby nie wiem jaka ciemnota panoszyła się w naszej konstytuancie, łatwiej oświecić dwustu chłopów i robotników, niż wykorzenić w szerokich rzeszach niechęć do dawnej Polski, jakiej bezkrytyczna młodzież mo­głaby zaczerpnąć, czytając zamiast Chołoniewskiego - Bobrzyńskiego. A obszary plebiscytowe, czy nie lepiej nauczą się kochać Polskę, widząc w niej odwieczne państwo wolności, niż czytając w Dziejach Polski potwierdzenie obcych sugestii o państwie nie­woli i ucisku?

[3] W tym miejscu ustęp niniejszy uległ skróceniu.

 

Menu Główne


Projekt zrealizowany przy udziale finansowym Miasta Krakowa


OMP poleca

 


Wyszukiwarka

Najczęściej czytane

Aktualnie gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 9 gości