Krakowskie tradycje intelektualne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Opracowania Bogdan Szlachta, Stanisław Koźmian – współtwórca "szkoły stańczykowskiej"

Bogdan Szlachta, Stanisław Koźmian – współtwórca "szkoły stańczykowskiej"

Opisywany w słownikach biograficznych jako publicysta i polityk galicyjski, reżyser, dyrektor teatru krakowskiego i krytyk, zdaniem niektórych historyków myśli politycznej najgłębszy myśliciel środowiska “stańczyków”, Stanisław Koźmian był z pewnością postacią znaczącą w kulturze polskiej XIX stulecia1.

Przyszedł na świat 7 maja 1836 r. w Piotrowicach w Lubelskiem jako syn Andrzeja Edwarda (1804-64), pisarza i publicysty związanego z emigracyjnym środowiskiem skupionym wokół księcia Adama Jerzego Czartoryskiego (Hôtel Lambert), oraz wnuk poety, krytyka literackiego, senatora-kasztelana Królestwa Kongresowego Kajetana Koźmiana (1771-1856). Początkowo kształcił się w domu rodzinnym pod opieką drugiej żony Kajetana i francuskiego emigranta, który budził w chłopcu zainteresowanie kulturą i literaturą swego kraju, zaś od 1852 r. w Krakowie, pozostając pod opieką nauczycieli prywatnych i słuchając wykładów na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Na przełomie 1853/54 r. wyjechał z ojcem do Paryża, gdzie został umieszczony w szkole prywatnej i uczęszczał na wykłady w Sorbonie, a w 1856 r. studiował na uniwersytecie w Bonn. Po powrocie do kraju osiadł w majątku położonym w Dobrzechowie, miejscowości znajdującej się w połowie drogi między Jasłem i Rzeszowem, otrzymał obywatelstwo austriackie i po wyjeździe ojca za granicę zajął się gospodarstwem. Politycznie związany z krakowskimi konserwatystami, kierowanymi wówczas przez Adama Potockiego, nawiązał współpracę z Towarzystwem Gospodarczo-Rolniczym i publikował pierwsze teksty w zachowawczym “Czasie”. W połowie 1860 r. został korespondentem Biura Politycznego Hôtel Lambert, mimo umiarkowanie krytycznego stosunku do kierunku przyjętego przez środowisko emigracyjne. W 1861 r. wziął udział w deputacji do premiera Schmerlinga żądającej autonomii dla Galicji i zwrócił uwagę na kluczowe znaczenie dla stosunków galicyjskich relacji dworu do wsi, żądając od konserwatystów pozyskiwania chłopów poprzez rozwój oświaty oraz udzielenia przyzwolenia na “demokratyzowanie” społeczeństwa, gdyż – argument ten może dziwić w ustach późniejszego konserwatysty – idea polska ma przyszłość tylko pod warunkiem rozwijania się na zasadach rewolucji francuskiej, owej wielkiej stworzycielki demokracji nowożytnej, a to dlatego, że posłannictwem Polski było i będzie zawsze przedstawiać w tej części Europy ideę postępu, ideę czasu oczyszczoną z wszelakich mętów, a jej raison d’etre w przyszłości jest przednia straż tych idei2.

W latach 1861-62 Koźmian przebywał w Paryżu, w trakcie narad Biura Hôtel Lambert sceptycznie oceniając możliwość podniesienia “sprawy polskiej” przez mocarstwa europejskie i sprzeciwiając się przygotowaniom do przewidywanej irredenty. Po powrocie do kraju, w pierwszych dniach powstania styczniowego przybył do Krakowa, odnosząc się krytycznie do projektu udzielenia przez konserwatystów wsparcia walczącym oddziałom powstańczym. Po otrzymaniu instrukcji z Hôtel Lambert by powstanie poprzeć, zmienił nastawienie, nie tylko uznając dyktaturę M. Langiewicza, ale i włączając się do prac Wydziału Spraw Zagranicznych, licząc przy tym na wystąpienie przeciw Rosji, Francji i Austrii3. W kwietniu 1863 r., po odejściu z redakcji “Czasu” Maurycego Manna, dającego umiarkowane poparcie polityce margrabiego Wielopolskiego, Koźmian objął kierownictwo działu politycznego gazety, przekonując na jej łamach do kierunku określonego przez środowisko emigracyjne. Nie potępiał powstania ani nie popierał Wielopolskiego oraz żądał – wbrew stanowisku Adama Potockiego i Henryka Wodzickiego, a pod wrażeniem wysłania przez mocarstwa zachodnie not dyplomatycznych w sprawie polskiej – odrzucenia amnestii proponowanej przez cara4. W końcu 1863 r. został członkiem Wydziału Rządu Narodowego dla Galicji, redagując – po zawieszeniu “Czasu” – dziennik “Chwila”, w którym uznał dalszą walkę za pozbawioną celu5. W kwietniu 1864 r. ponownie objął redakcję “Czasu”, od grudnia 1864 do lutego 1865 r. odbywał jednak karę trzech miesięcy więzienia i przestał należeć do ścisłego grona redakcyjnego pisma. W końcu 1865 r. opowiedział się przeciwko postulowanemu przez Pawła Popiela odsunięciu od czynnego udziału w życiu publicznym prowincji uczestników powstania, w polemice z zachowawcą poprzedniego pokolenia stając obok Józefa Szujskiego i Stanisława Tarnowskiego, z którymi wkrótce jął współtworzyć środowisko konserwatywne, negujące zgubną skłonność do wiązania wielkich nadziei na pomoc zewnętrzną dla sprawy polskiej i rachujące jedynie na własną, legalną pracę około utrzymania bytu narodowego. Środowisko, które wkrótce stało się wpływowe w Galicji i słyszalne na ziemiach pozostających pod władzą innych mocarstw niż Austria, miało zdaniem Koźmiana wyrosnąć z “krakowskiego grona”, nie tego, który historycy wiążą z postaciami Popiela, Wielopolskiego i Helcla, aktywnego od połowy lat trzydziestych, lecz tego, które tworzyła nieliczna grupa publicystów i polityków nie sprzeciwiających się przecież powstaniu, a związanych z paryską centralą, już w trakcie irredenty uświadamiających sobie, że chęci, możność cesarza [Napoleona III, z którego wystąpieniem wiązano nadzieje na wsparcie powstania – przyp. B. Sz.] i stosunki europejskie wykluczały wojnę o Polskę, dostrzegających nawet, że zbrojne powstanie nie wchodziło w rachuby cesarza Napoleona III, który wręcz je odradzał, przed jego wybuchem stanowczo przestrzegał, coraz bardziej pozbywających się przez to złudzeń co do pomocy zewnętrznej i co do nadziei rychłej niepodległości. To nowe “grono” miało w trakcie powstania dostrzec rdzeń rzeczy, uznać, że jedynym wyjściem i zażegnaniem klęski może się stać system Wielopolskiego, że irredenta jest nieszczęściem, błędem, dziełem bezrozumu i swawoli politycznej. Utwierdzająca się w jego przedstawicielach, a znana dawnemu “gronu”, którego dzieło kontynuowała grupa Potockiego, krytyczna ocena powstania, miała doprowadzić do spontanicznego połączenia ich sił i utworzenia pierwszego przykładu grona młodzieży, które nie dało się porwać wywieszeniem sztandaru narodowego i które – przynajmniej wedle późniejszej opinii Koźmiana – niemal natychmiast przystąpiło do jedynie możliwego dlań działania: zapobieżenia poparciu przez Galicję powstania. Wśród na wpół rozgorączkowanej, na wpół osłupiałej ludności, między spiskiem, który miał w Galicji swoje odnogi, a obywatelstwem poważnym, nowe środowisko wyraziło z siłą zdanie, iż przede wszystkim należy ocalić stanowisko Galicji, nie wciągając ją w klęskę nieuniknioną, następnie, iż nie można, nie należy bezrozumnemu przedsięwzięciu w Królestwie Polskim podawać ręki6. Stanowisko oparte na takiej ocenie “bezrozumnego powstania”, krytyczne wobec “uczuciowej” tezy o potrzebie utrzymywania gotowości do kolejnych zrywów, kolejnych czynów nadzwyczajnych, słowem do idei “nieprzerwalności powstania”, stało się punktem oparcia programu, który “grono krakowskie” zaczęło głosić na łamach założonego w czerwcu 1866 r. pisma. W “Przeglądzie Polskim”, założonym przez Szujskiego, Ludwika Wodzickiego, Tarnowskiego i Koźmiana, który objął w nim “Przegląd polityczny”, została opublikowana w 1869 r. słynna Teka Stańczyka, w której Koźmian umieścił pięć najważniejszych bodaj tekstów politycznych, eksponując konieczność ograniczenia się do wyłącznie legalnej walki o poszerzenie zakresu autonomii kulturalnej i politycznej Galicji, w pierwszej kolejności zwracając się przeciwko galicyjskim “tromtadratom”, popełniającym błąd właściwy Polakom od wieków: żądającym zbyt wiele w okolicznościach uniemożliwiających spełnienie ich postulatów, podnoszących zgubną dla “sprawy polskiej” ideę “nieprzerwalności powstania” bez względu na skutki, zapominających, iż dla zniewolonego narodu utrzymanie jego bytu jest powinnością pierwszą, wymagającą stałej i wytężonej pracy około utrzymania tego, co jest, by nie stracić szansy sięgnięcia po upragnioną niepodległość nie kiedykolwiek, ale w stosownej, sprzyjającej chwili.

Wyraźnie zarysowany negatywny punkt wyjścia krakowskiego środowiska konserwatywnego, biorącego nawet nazwę od tytułowego Stańczyka, był w kolejnych latach uzupełniany treściami pozytywnymi, składającymi się na spójny program zachowawczy ugrupowania odgrywającego decydującą rolę w autonomicznej Galicji począwszy od lat siedemdziesiątych XIX w. Koźmian, stale wytykający polską wadę ciągłego zaprzeczania myśli państwowej7, nie brał czynnego udziału w podjętych przez innych “stańczyków” poszukiwaniach powinnego ładu instytucjonalnego reformowanej monarchii Habsburgów, choć – jak się wydaje – nie podzielał kierunku przyjętego przez Tarnowskiego i Wodzickiego, zafascynowanych liberalnym stanowiskiem Johna Stuarta Milla, żądających upowszechnienia prawa wyborczego i przyjęcia jedynie cenzusu majątkowego jako kryterium korzystania z niego. To prawda, że nigdy nie sporządził krytyki propozycji kolegów i nie odżegnał się od ich pomysłu; stało się tak być może dlatego, że celował w polemikach prowadzonych na wyższym poziomie niż te, które odnosiły się do porządku instytucjonalnego raczej niż mentalnego lub politycznego, być może zaś dlatego, że pozostawał pod zbyt wielkim wpływem myślicieli francuskich, zwłaszcza wywodzących się z kręgu tzw. doktrynerów lub gwarancjonistów, szczególnie Alexisa de Tocqueville’a, i przejął ich przeświadczenie o potrzebie uwzględnienia niektórych rozwiązań wprowadzonych w okresie wielkiej rewolucji schyłku XVIII w., jednak przy zachowaniu elementów dawnego ładu i wykorzystaniu doświadczeń wyższych warstw społecznych. Główne zagadnienie podnoszone przez Koźmiana już w tekstach zamieszczonych w Tece Stańczyka, dotyczyło wprowadzenia do polskiej kultury politycznej przeświadczenia o konieczności postrzegania problemów politycznych w ich rzeczywistych uwarunkowaniach: nie w relacji do abstrakcyjnych idei lub wskazywanych i wzmacnianych przez uczucie wzniosłych i szlachetnych haseł, lecz w stosunku do uwarunkowań, które uwzględniają nieodwracalne, zatem politycznie istotne zmiany, choćby były one związane z następstwami rewolucji francuskiej i kampanii napoleońskich albo dążeń zjednoczeniowych Włoch i Niemiec lub podbojów dokonywanych przez Rosję. Postulat ten nie łączył się jednak z bezkrytyczną lub nawet beznamiętną zgodą na historyczne przemiany: wymagał uzupełnienia i przeciwważenia tendencji niebezpiecznych dla kształtującego się w długim okresie czasu ładu społecznego i międzynarodowego przez przedstawicieli warstw gwarantujących polityczną stabilność oraz uznania istnienia interesów innych uczestników sceny politycznej, zwłaszcza tych, którzy zainteresowani byli w jakiejś mierze “sprawą polską”.

Krytyczny ogląd zmieniającej się, ale uznanej za daną rzeczywistości był zadaniem każdego zachowawcy. Był też, jak się wydaje, podstawową potrzebą dla Koźmiana jako członka zniewolonego narodu; Koźmiana wskazującego, że zapoznanie prawdy położenia, zapoznanie danych warunków i rzeczywistości jest błędem niezwykle niebezpiecznym, że próby dobrowolnego przeistaczania istniejącej rzeczywistości w imię szczytnych a abstrakcyjnych haseł są w istocie politycznymi kłamstwami, którymi naród sam siebie w błąd wprowadza. Był to, w przekonaniu Koźmiana, obłęd, który – wywołany przez absolutyzowane hasła niepodległości lub wolności jednostek – musiał doprowadzić do klęski, bo społeczeństwo pod jego pozostając wpływem jedną tylko widzi przed sobą drogę, drogę nierealną i dlatego politycznie chybioną. Zwracając się przeciwko tym, którzy dominowali w polskiej myśli porozbiorowej i kierowali poczynaniami Polaków przez kilkadziesiąt lat, w “polityce rozumu”, nie “serca” lub “uczucia”, w polityce nie kierującej się abstrakcyjnymi ideałami jest przecież, podobnie jak we wszystkich sprawach ludzkich, wielka dróg rozmaitość, między którymi dokonać należy stosownego wyboru, uwzględniając stosunki i okoliczności różnicujące położenie Polaków w poszczególnych mocarstwach rozbiorowych.

Takie było uzasadnienie Koźmiana dla wyrzucanej mu wielekroć i związanej z jego imieniem “polityki trójlojalizmu”, obwieszczonej w “Czasie” z 27 lipca 1878 r. pod wrażeniem wojny rosyjsko-tureckiej 1877-78 r. Uzasadnienie niebezpieczne o tyle, że w jakiejś mierze przyzwalające na relatywizację środków w zależności od okoliczności politycznych i zmiennej rzeczywistości; o tyle trudne do przyjęcia przez jego i następne generacje, że – mimo ostrzeżeń “stańczyków” – nadal hołdowały one treściom niesionym przez wychowanie porozbiorowe, odejmujące możność wolnego wyboru, wytrącające z rąk narodu najwłaściwszą broń, którą walczyć mógł dla bytu narodowego, pozbawiające go środków najskuteczniejszego rozwijania, wzmacniania i ustalenia takowego. Trwanie bytu narodowego, trud utwierdzania tego, co jest, a nie narażania w imię marzenia w danej chwili niespełnialnego, było pierwszą potrzebą zniewolonego narodu; potrzeba poświęcania na ołtarzu idei niepodległościowej, należącej do rzędu haseł raczej, niż możliwych do spełnienia w danych okolicznościach celów; potrzeba, która mogła zostać zaspokojona tylko wówczas, gdy cele wyznaczane sobie przez naród są osiągalne, bliskie, potrzebie służące, a nie odległe i związane z “irredentą w każdych okolicznościach” i w każdej generacji byle podtrzymać bojowego ducha w narodzie niż “ducha narodu” zachowującego tożsamość i wzmacnianego materialną zasobnością. Należało tedy odrzucić przyzwyczajenia porozbiorowe, wykluczające rzetelne kompromisy, nie dozwalające szukać rękojmi dla bytu narodowego w zbliżeniu się szczerym i uznaniu istniejącego w ziemiach polskich porządku rzeczy, zamykające przystęp do drogi pośredniej, jedynie właściwej, lub nie pozwalające nią dojść do celu, bo zmuszające do kroczenia po tej, która wiodła tam, gdzie naród polski spotkać się musiał z oporem wszystkich i wszystkiego, z oporem samej natury i istoty stosunków, z oporem nieprzełamanym; oporem, dodajmy za Koźmianem, o który naród polski rozbijał swój byt, marnując swoje najlepsze siły, czy to przeceniając je, czy też oczekując pomocy obcej wtedy, kiedy przeciwstawiając sztucznym usiłowaniom i kombinacjom moc przyrodzoną własnych zasobów, cnót, przymiotów, patriotyzmu i nadając jej kierunek, stosując cel do rozporządzalnych środków, mógł był naród polski zapewnić sobie byt narodowy zaszczytny i dość silny, aby stał się niezależny od wrogich mu zamiarów i od własnych pomyłek8.

“Stańczykowi” szło zatem o utrzymanie bytu narodowego, a nie o nieosiągalną aktualnie niepodległość, warunkiem uzyskania której było przecież trwanie i moc narodu. Teoria utrzymania ducha przez niszczenie ciała nie powinna, pisał, nie może zamienić się w życiu narodu w niszczenie ducha dla utrzymania ciała. Pozostanie narodem było dla Polaków nie tylko obowiązkiem, ale koniecznością, nie tylko powinnością, ale wręcz przymusem, w danych okolicznościach nie mogąc być państwem, Polacy mogli i powinni byli pozostać narodem szanującym się i szanowanym9. Takim narodem mógł być jednak nie ten, który biernie trwał, ale ten, który zachowując byt posiadał elity świadome powinności, zdolne sięgać po to, co dostępne i możliwe. Elit takich nie byli w stanie wytworzyć najbogatsi, jak zdawali się mniemać Tarnowski i Wodzicki, wskazujący cenzus majątkowy, a przez to gubiący wzgląd na hierarchię społeczną nie opartą li tylko na zasobności związanej z majątkiem ruchomym; nie tworzyli ich jednak ani emigranci skupieni wokół księcia Czartoryskiego w Paryżu, ani zachowawcy działający w Królestwie wespół z Andrzejem Zamoyskim, z którymi Koźmian współpracował w pewnych okresach, a którzy przykładali rękę do poczynań środowisk narażających byt narodowy, bo nie potrafili odrzucić zgubnego przekonania, wzmacniając wady i polityczne błędy Polaków, właściwe porozbiorowemu stylowi myślenia. Nie było nigdy w Polsce mniejszości dość silnej, dowodził, aby cnotami swymi i stałością zdania zrównoważyła wady i błędy ogółu; nie było tym samym siły, która by potrafiła i zdołała oprzeć się zgubnym praktykom, nieszczęsnym zapędom, próbom zabójczym. Nawet zachowawcze Towarzystwo Rolnicze nie przyczyniało się do utrzymania bytu, choć stanowiło wyborową mniejszość, której to było obowiązkiem dlatego, że gatunkowo była najcelniejsza; także ono w stanowczej chwili 1863 r. nie wytrwało na zajętym stanowisku, nie zostało wierne własnemu przekonaniu i systemowi, dało się porwać złemu, któremu zaradzić nie umiało, ponosząc wręcz winę za przemienienie szkody w zgubę10. Błędne, a typowo polskie, stanowisko tej grupy, hołdującej kierunkowi narzucanemu krajowi przez grupę emigracyjną, kontynuowały nawet po upadku powstania środowiska mieniące się zachowawczymi lub konserwatywnymi, w dalszym ciągu epatujące niebezpiecznymi hasłami choćby najbardziej nierównej walki przeciw obcej przemocy, nienawiści względem rządu i ludu, który sąsiedni organizm państwowy obalił i – mającego walor historycznej konieczności – niepodobieństwa nawiązania trwałych stosunków ujarzmionego z ujarzmiającym. Przeciwko tym środowiskom, kierującym się wprawdzie gorącym patriotyzmem i miłością ojczyzny, ale nie baczącym na rachunek ani rozsądek11, nadal liczącym na pomoc z zewnątrz i opowiadającym się za narodową próżnością kosztem systemu pracy narodowej, przeciwko środowiskom, które miast się uderzyć w piersi wyrzekają się wolnej woli i odpowiedzialności w istocie usprawiedliwiając konspiratorów i uzurpując sobie moc wskazywania jednolitego kierunku politycznego członkom narodu podlegającym różnym rządom, wypowiedzieli się ostatecznie “stańczycy” w zadeklarowanej przez Koźmiana “polityce trójlojalizmu”. Polityce o tyle różnej od przyjmowanej przez kontynuatorów opcji Czartoryskiego i Zamoyskiego, że negującej “kierunek uczuciowy”, rachowanie na pomoc z zewnątrz i oczekiwanie czynu nadzwyczajnego, ale też o tyle odmiennej od przyjmowanej przez tych, którzy formułowali podstawy polityki ugodowej, że odmawiała racji ich próbom budowania aliansu Austrii i Rosji przeciwko Prusom. “Trójlojalizm” wymagał bowiem nie tylko wyparcia z procesu podejmowania decyzji politycznych marzeń i uczuć oraz uznania stanu istniejącego, choćby trudnego do zaakceptowania dla zniewolonego i podzielonego narodu, ale także dostrzeżenia ewentualnych pól działania i następstw podejmowanych decyzji; pól różnych pod różnymi rządami, łatwiej dostrzegalnych “na miejscu”, trudniej z tak lub inaczej definiowanego ośrodka emigracyjnego lub usytuowanego w którymś z zaborów, oraz decyzji różnicowanych że względu na odmienność położenia, relacji z rządami, sytuacji wewnętrznej mocarstwa rozbiorowego i stanu jego relacji z innymi państwami, wreszcie kierunku prowadzonej przez te rządy polityki względem Polaków.

Zarys nowego programu krakowskich konserwatystów, którego znakiem był adres wiernopoddańczy galicyjskiego Sejmu Krajowego, uwzględniał główne przesłanki polityki, mającej na celu doprowadzenie do takiego stanu rzeczy, aby każde mocarstwo rozbiorowe z osobna poczytało za odpowiadające jego interesom zapewnienie Polakom, w granicach odpowiednich ustrojowi państwa i panującemu w nim systemowi, ich bytu narodowego. Odtrącając zarówno “brak patriotyzmu”, jak i “patriotyzm szkodliwy”, “stańczycy” początkowali patriotyzm polityczny, a oddzielając byt narodowy od niepodległości i form państwowych umożliwiali jego zachowanie i ułatwiali jego rozwój. Nie przemawiając już, jak Czartoryski i Zamoyski za rewindykacjami terytorialnymi, lecz opierając się na przesłankach prawno-politycznych, ufundowanych ostatecznie na podstawie praw przyrodzonych, zaprzestali wciągania w grę istnienia państw rozbiorowych, porzucili wizje ich zniszczenia przez mocarstwa europejskie w imię realizacji “sprawy polskiej” i uznali zależność między swoimi dążeniami i ich wewnętrznym ustrojem12. Koźmian, który jesienią 1869 r. został posłem do galicyjskiego Sejmu Krajowego z kurii wielkiej własności, realizował nakreśloną w ten sposób linię polityczną optując za zaniechaniem polityki absencji w centralnych organach przedstawicielskich państwa Habsburgów, jako jedyny członek Koła Polskiego w wiedeńskiej Radzie Państwa opowiedział się nawet za pozostaniem Polaków w Radzie i podejmowaniem przez nich prób prezentacji stanowiska metodami legalnymi. Niepopularność jego stanowiska sprawiła, że przegrał następną kampanię wyborczą (1870), nie zmieniło to jednak jego nastawienia ani co do konieczności związku polityki polskiej w Galicji z Austrią, ani co do oceny stosunków społecznych na ziemiach polskich, ani co do najbardziej interesującego go w tym czasie zagadnienia relacji międzynarodowych między mocarstwami europejskimi.

Z pism Koźmiana, który bodaj najczęściej z grona “stańczyków” podejmował szerszą refleksję o stosunkach międzynarodowych, wyłania się pewna wizja ładu, uwzględniająca dynamikę owych stosunków i pojawiające się w nich nowe zjawiska. Jak się wydaje, choć teza ta może być kontrowersyjna, mimo “realistycznego podejścia” do rzeczywistości politycznej, Koźmian trwał w przekonaniu bliskim polskim konserwatystom nie tylko XIX w., że podmioty stosunków międzynarodowych nie kształtują w pełni dowolnie relacji, których nie wyczerpują stosunki materialne, jak zasobność ekonomiczna, potęga militarna lub nawet sprawność administracyjna, ale w jakiejś mierze poddane są “wyższym wymaganiom” porządkującym ich zachowania. Państwa nie są zatem wyłącznymi autorami, ale raczej uczestnikami pewnego ładu, który wymaga od nich zachowania własnego bytu politycznego, uzasadniając z jednej strony potrzebę umacniania własnej potęgi duchowej i materialnej, z drugiej zaś – w pewnym przynamniej zakresie, nie tylko jednak poprzez “wojnę sprawiedliwą” – wzmacniania się kosztem słabszych sąsiadów. Ów ład nie miał jednak waloru decydującego o treści stosunków międzynarodowych w dawnej, uniwersalnej wspólnocie chrześcijańskiej, honorującej zasady, na straży których stała Głowa Powszechnego Kościoła, o której pozycji – podobnie jak o roli Kościoła w kulturze współczesnej – wypowiadał się Koźmian rzadziej niż inni “stańczycy”. Chociaż wskazywał, że jednym z głównych znamion świata dzisiejszego jest coraz większe, niemal już dziś zupełne pomieszanie pojęć, którego powodem jest popularność tezy, że społeczeństwo obejść się może bez religii, nie włączał się do dyskusji toczonych w okresie I Soboru Watykańskiego, poświęconych dogmatowi o nieomylności papieskiej ani nie eksponował kwestii magisterialnej funkcji Kościoła. Niemniej, zauważając, że następstwem puszczenia ludzi samopas, bez wiary i obawy wyższych, nadprzyrodzonych czynników, bez przewodnika w wielkim labiryncie świata duchowego jest utrata jedynej podstawy duchowej, jaką stanowi zasada chrześcijańska, oraz wskazując, że zniszczenie tej podstawy zrodziło chaos w dziedzinie duchowej i chorobliwe poczucie, że społeczeństwo obejść się może bez sprawiedliwości i bez kary, że siła stanowi jedyną podstawę relacji między jednostkami i między państwami, a nawet dostrzegając, że przeważające dziś wyobrażenia bezwyznaniowo-wolnomyślne, pozbawiając społeczeństwo i człowieczeństwo wszelkiej religii, doprowadzają zniszczeniem człowieczeństwa aż do zwierzęcości, przecież głosił, że proces upadku powstrzymać może wyższa duchowa siła, jedyna zdolna doprowadzić do zapanowania uczucia zachowawczości, ochraniającego przed ostatecznym zezwierzęceniem. Owa wyższa siła miała z pewnością walor nadprzyrodzony, nie była jednak wprost wiązana z Boskim depozytem Kościoła, ale raczej z “mocą naturalną”, można by rzec “negatywną” tkwiącą w społeczeństwach i jednostkach, powstrzymującą je od przekroczenia “granic zwierzęcości”; ile bowiem razy – pisał Koźmian – ludzkość zbliża się do granic zwierzęcości, tyle razy w skutku owego czegoś tkwiącego w niej samej, a które jest po prostu wstrętem przed zbydlęceniem, odskok jej jest gwałtowny; ile razy ludzkość gubi drogowskaz duchowy, wiarę i religię, i zbacza bezwiednie z drogi człowieczeństwa, krocząc jakiś czas szlakiem prowadzącym do zezwierzęcenia, przecież doszedłszy do ostatniego kresu, do granicy, cofa się z przerażeniem mocą przyrodzonego, w niej tkwiącego a nieuniknionego przeciwdziałania13. Tak ograniczony ład porządkował nie tylko zachowania jednostek, ale i państw; nie był to już “uniwersalny ład moralny”, ale raczej “ład faktyczny”, wskazujący jedynie “negatywną granicę”, wprawdzie nie chroniony jeszcze wyłącznie przez normy prawa międzynarodowego, dobrowolnie uznane przez państwa, ale już bardziej mechaniczny niż organiczny, ustalający się w relacjach między państwami traktowanymi jako osobne byty, kierujące się bardziej własnym interesem niż wspólnym dobrem uniwersalnej wspólnoty; ład jurydyczny raczej niż moralny. Ale choć ów ład dopuszczał działania podmiotów na rzecz ich umacniania przy użyciu środków nie poddawanych ocenie moralnej w tak wielkim stopniu jak ongiś, to wskazując “negatywną miarę zbydlęcenia” nie dozwalał on na bezkarne mordowanie ani odmawianie istnienia ukształtowanym przez wieki “narodom politycznym” i jako taki wystarczał dla uzasadnienia racji ich istnienia i posiadania szerszego lub węższego zakresu autonomii albo nawet niepodległości. “Zasada narodowości”, istotna dla Polaków rozproszonych w kilku państwach, proklamowana przez cesarza Francuzów Napoleona III, budzącego – przynajmniej do pewnego momentu – ich wielkie nadzieje, nie mieściła się jednak w koncepcjach tych współczesnych polityków, którzy ładowi temu przeczyli podejmując działalność nie tyle w myśl hasła “siła przed prawem”, ile “scalania ras”. Istnienie samoistnych narodów politycznych było kwestionowane zwłaszcza przez te rządy, które dokonywały ich “asymilacji przez zniszczenie” w imię spełnienia idei pangermańskich, jak Niemcy epoki Bismarcka, lub panslawistycznych, jak Rosja drugiej połowy XIX w.

Przeciwstawiając tym tendencjom projekt austriacki, w którym Polacy i inne ludy, choć nie bez przeszkód i waśni również między sobą, mogli zachować i rozwijać odrębność kulturową i korzystać ze stosunkowo szerokiej autonomii politycznej, Koźmian dostrzegał z jednej strony dynamikę rzeczywistości prusko-niemieckiej, z drugiej zaś różnice w działaniach podejmowanych przez Prusy i Rosję. To raczej zjednoczone Niemcy niż Prusy przyjmowały kurs podobny realizowanemu przez Rosję po upadku “bezrozumnego” powstania styczniowego. Prusy przed zwycięstwem nad Francją w 1870 r. uzasadniały swe dążenia potrzebą wzmocnienia państwa, skutecznie ją zaspokajając zwłaszcza pod rządami podziwianego przez Koźmiana Bismarcka, Rosja natomiast przejawiała wyłącznie tendencje nihilistyczne. Rząd pruski, nie poddając się centralizacyjnej gorączce, unikając niepotrzebnej centralizacji, skupiał w swoich rękach wszystko, co mu do jego celów było niezbędne, lecz nie centralizował dla centralizowania, dla symetrii, odchodząc zarówno od wzorca despotyzmu rosyjskiego, celnie opisanego już przez Mickiewicza, jak i od oświeceniowego wzorca centralizacji administracyjnej i biurokratyzacji realizowanego w Austrii pierwszej połowy XIX w. Dążąc do umocnienia państwa, dopuszczały one obok silnie zbudowanej biurokracji i wybornych administracyjnych urządzeń samorządne instytucje, w których ludność brała udział w sprawach miejscowych; wprawdzie wszystko działo się tu pod okiem i za początkowaniem władzy, a prawie nic i nigdy wbrew jej woli, lecz ta inicjatywa była mądra, ta wola rozumna, baczna na interesy lokalne, których nie lekceważyła ani poświęcała dla doktryny14. Dopiero Kulturkampf, rozpętany po zjednoczeniu Niemiec, zburzył przykładny dawny stan rzeczy oraz zadowalające jak na państwo protestanckie stosunki Kościoła katolickiego i położenia katolików, bo Cesarstwo w swych uniformistycznych tendencjach zaczęło się powodować bezwiedną może potrzebą pójścia z prądem czasu, który pod godłem wolnomyślności, następnie bezwyznaniowości stawał się nie tylko coraz bardziej antykatolicki15, ale i zbliżał do kresu “zezwierzęcenia”.

Rosyjska “polityka rasowa” stosowała inne środki, co i raz przekraczając ów kres, sprawiając, że pod jej panowaniem trzeba było przestać być nie tylko Polakiem, ale człowiekiem. Pisał Koźmian: Nie ma bezprawia, okrucieństw, gwałcenia praw boskich i ludzkich, społecznych i politycznych, którego by się Rosja nie dopuszczała w owej epoce względem narodu polskiego w celu zgnębienia, wyniszczenia i wytępienia żywiołu polskiego, jak mniemała zapewnienia sobie tymi środkami na zawsze panowania nad polskimi ziemiami16. O ile Prusy dążyły do “przemienienia Polski w Niemcy”, negując jej autonomię, ale nie istnienie, Rosja zmierzała do jej zniszczenia, do usunięcia wszelkich śladów odmienności kulturowej szczepu słowiańskiego najmocniej zagrażającego jej władczym dążeniom, do zakwestionowania człowieczeństwa, osłabiając tym samym także własne podstawy, bo – jak zdaje się sugerować Koźmian – państwo popadające w zwierzęcość i kwestionujące byt innych znosi fundament, na którym jest oparte. Mimo różnicy środków, identyczne cele obu mocarstw wzmocnionych w ostatniej ćwierci XIX wieku i realizujących swe zamierzenia w analogiczny już sposób nakazywały odrzucić romantyczne marzenia o czynie nadzwyczajnym i podjąć “działania organiczne” na rzecz wzmocnienia stanowiska Polaków w związku z wolnym od tendencji przeciwnych ładowi państwem Habsburgów i utrzymania stanu posiadania w pozostałych państwach rozbiorowych17. Zachowanie bytu narodowego było szczególnie istotne i szczególnie trudne w okresie “zbrojnego pokoju” zaprowadzonego przez Bismarcka, a honorowanego do czasu przez władców współtworzących przeciwstawne bloki militarno-polityczne: trójprzymierze i trójporozumienie; pokoju pozornego w istocie, który – zdaniem Koźmiana – mógł się zakończyć jedynie wojną18.

Przejawy “zbrojnego pokoju” i rosnącego zainteresowania Rosji Bałkanami, śledził Koźmian nie tylko na łamach “Przeglądu Polskiego”, ale także “Czasu”, do którego wrócił po 12 latach przerwy w 1877 r., po śmierci redaktora gazety Maurycego Manna. W tekście Program “Czasu” ogłosił program trójlojalizmu, którego racje już znamy i który na trwałe związany jest z jego nazwiskiem, zaś w przemówieniu wygłoszonym również w 1878 r. z okazji trzydziestolecia powstania pisma raz jeszcze wskazał, że naród polski sam przez się nie może wpłynąć na jakiekolwiek zmiany terytorialne, bo te sprowadza wojna, a wojny naród polski prowadzić nie może; podnosząc jednak zarazem, iż są cele, do których zawsze zmierzać powinien bez używania zgubnych lub niedorzecznych środków, za jakie uznawał wszelką działalność spiskową, przygotowania do powstania oraz powtarzane periodycznie irredenty. Możemy wszędzie dążyć do polepszenia naszego bytu narodowego i do oparcia go – jak Wielopolski kilkanaście lat wcześniej – na podstawie prawnej bez względu na kombinacje terytorialne19. Nie epatowanie podniosłymi hasłami, lecz “robienie tego, co robić się da” jako “tego, co robić się jedynie godzi”, odrzucenie wszelkich idei radykalnych oraz uporządkowanie stosunków społecznych tak, by “warstwy oświecone” zachowały decydujący wpływ na życie polityczne wyznaczały treść stanowiska Koźmiana w przegranych przezeń wyborach 1880 r. na rzecz popartego przez wyborców chłopskich duchownego. Wbrew opinii niektórych historyków, nie wydaje się, by przegrana spowodowała zmianę nastawienia Koźmiana wobec udziału włościan w życiu politycznym; raczej utwierdziła go ona w przekonaniach żywionych od dawna, skierowanych przeciwko “polityce opartej na ilości”, procesowi deprecjacji “zmysłu politycznego” i wizji polityki jako dziedziny zmagań ugrupowań klasowych lub narodowych, a nie sztuki utrwalania wspólnego dobra. Gwarancji “politycznej jakości” poszukiwań dobra wspólnego nie mogła udzielić inteligencja wiejska, której znaczenie podnosił w tym czasie zachowawca należący już do kolejnego pokolenia “stańczyków”, Michał Bobrzyński, “nazbyt różowo” oceniający zdaniem Koźmiana zdolność tej grupy do obrony nadrzędnego waloru “zmysłu politycznego” względem “zmysłu socjalnego”, tak istotnego dla szukających poparcia możliwie licznych wyborców partii masowych. Jedynie tradycyjna warstwa społeczna, ziemianie, mogli się przeciwstawić wywoływanemu przez radykalnych demokratów współzawodnictwu i nieufności włościan do szlachty20; mogli to jednak uczynić tylko przez aktywne włączenie się w “pracę organiczną” około kształtowania “zmysłu politycznego” włościan, uświadamiania im znaczenia sfery politycznej wykraczającej ponad sferę społeczną, roli państwa w realizacji postulatów socjalnych, ale też wagi państwa – choćby obcego, lecz kulturowo pokrewnego – jako gwaranta bezpiecznego i swobodnego rozwoju zróżnicowanych narodowo, religijnie i społecznie poddanych.

Polemika z Bobrzyńskim potwierdzała raczej ciągłość stanowiska Koźmiana niż spowodowany odmiennością sytuacji oportunizm polityczny konserwatysty pogodzonego z wizją współkształtowania przez włościan składu ciał przedstawicielskich. Sprzeciw wobec podobnej wizji podyktowany był nie tyle wskazywanym przez Bobrzyńskiego “zapałem walki”, ile ideą reprezentacji włościan zgodną z całym życiem społecznym, politycznym i narodowym. W przekonaniu Koźmiana miała to być jednak reprezentacja nie tyle włościan, co “dla włościan”, nie tyle przedstawicielstwo złożone z członków tej warstwy, co z ziemian cieszących się ich zaufaniem i świadomych ich potrzeb i interesów. Tylko “starsi w narodzie” mogli brać udział w pracach ustawodawczych, bo tylko oni byli dostatecznie odporni na demagogiczne hasła i zdolni byli wznieść się ponad partykularyzmy społeczne i narodowościowe. Takie stanowisko, wyrażane przez Koźmiana już w 1861 r., odpowiadało wszystkim warstwom społecznym i interesowi państwa w najwolnomyślniejszych i najdemokratyczniejszych krajach. Co więcej, przyzwolenie na wprowadzenie włościan do prowincjonalnego parlamentu było w istocie złamaniem zasady oczywistej w tamtych krajach i otwarciem perspektywy najbardziej wstrętnej konserwatyście: przemienienia wyjątku w zasadę, w tym przypadku w następstwie rychło nadejść mającej dominacji “zmysłu socjalnego” liczebnej większości nad politycznym rozsądkiem nielicznych. Nikt i nic nie zdoła zmienić przekonania – ostrzegał Bobrzyńskiego Koźmian – iż głównym i istotnie u nas niebezpiecznym rozstrojem jest ten tylko, który żywioły zachowawcze same wprowadzają odstępując od wierności zasadom i wyzbywając się siły przekonań oraz odwagi cywilnej w wypowiedzeniu prawdy lub zdania swojego, a pobłażając złemu i złym lub tym, co na potępienie złego i złych zdobyć się nie mogą. Ku przestrodze kolejnym pokoleniom zachowawców dodawał znacząco: gdy ludzie przekonań zachowawczych zwalniają się z własnej reguły, gdy poczynają niepotrzebne robić ustępstwa w nadziei czy to pozyskania słabych i zmiennych, czy też nawrócenia kogokolwiek. Dziesięciu ludzi pewnych siebie może nierównie skuteczniej przeszkodzić złemu niż stu chwiejnych; i tych dziesięciu ostatecznie więcej zdolnych zrobić dobrego niż owych stu złego. W każdym razie takich choćby tylko dziesięciu potrzeba dla przechowania treści i nauki szkoły, nauki, zdaniem moim krajowi niezbędnej, a koniecznej dla ciągłości zdrowej polityki21.

Jakaż była zatem “niezbędna krajowi nauka”, której konsekwentnie winien się trzymać zachowawca próbując rozwiązać najważniejszą w obecnej chwili sprawę ludu wiejskiego, sprawę, od której szczęśliwego załatwienia zawisła przyszłość czy to pod formą autonomiczną, czy inną? Nie wymagała ona natychmiastowego dopuszczenia przedstawicieli włościan na ławy parlamentów krajowego i wiedeńskiego; wymagała raczej włączenia ich do wspólnego z ziemianami trudu “pracy organicznej” oraz poświęcenia się wyższych warstw społeczeństwa, ogólnego, ciągłego zajęcia się przez kraj cały zagojeniem ran socjalnych, słowem uznania zasady demokratycznej i ustrojenia wedle niej polskiego społeczeństwa przez podniesienie ludu wiejskiego i powołanie go do poczucia politycznego, to jest do zastępu narodowego przez równouprawnienie moralne, a nie faktyczne lub prawne, przez równouprawnienie prawdziwe, a nie przez zrównanie, przez dostrzeżenie moralnej rangi włościan, pozbawionych w następstwie reform przeprowadzonych w Austrii wszelkiej pomocy że strony dworu, a nie przez oddanie ich przeważającej liczbie możności stanowienia prawa22. Do walki z systematem biurokratyczno-centralizacyjnym potrzebny był zastęp doświadczonych polityków, nie tylko uwzględniających racje rządu, ale i zdolnych odnaleźć możliwe do przyjęcia środki służące realizacji postulatów socjalnych i narodowych w danych okolicznościach. Postulując zakładanie stowarzyszeń pomagających biednym i chorym, domagając się aktywności towarzystw rolniczych wobec uboższych gospodarzy, Koźmian eksponował powinności stanu ziemiańskiego. W myśl Monteskiuszowego “wszystko dla ludu”, jego członkowie mieli raczej zapominać o własnych interesach niż o interesach ludu, nie bratać się nienaturalnie, lecz myśleć o prawdziwym szczęściu ludu, o polepszeniu jego bytu materialnego i wywyższeniu jego moralnym, jako że rzeczywista ludu pomyślność była najsilniejszą podstawą stanowiska polskiego nie tylko w zaborze austriackim, a wywyższenie ludu było wręcz równoznaczne z uzdrowieniem towarzystwa. Zgodnie z sugestią biskupa Bossueta, kolejnego myśliciela francuskiego, na którego powoływał się Koźmian, konieczne było dostrzeżenie i uwzględnienie przez prawodawców czyjegoś “interesu”, który zawsze pozostaje wielką dźwignią spraw ludzkich, nie czynienie jednak z interesu partykularnego jedynego wyznacznika programu politycznego, ale jego zestrojenie z interesami innych grup, zważenie interesów włościanina i szlachty, tej – jak mawiał Szujski – “warstwy przodkującej narodu”, oraz uznanie, że dopiero wówczas, gdy włościanin będzie bogaty, pracowity, oświecony odpowiednio jego potrzebom, zniknie nieporozumienie, bo włościanin będzie także obywatelem23.

Koźmian, przekonany, że włościanie posiadacze gruntu już tym samym, że są właścicielami staną się nieocenioną podstawą zachowawczą, dopuszczał zatem ich udział w sprawach publicznych. Sądził jednak, że tam, gdzie sprawami ludu zajmują się należycie wyższe, światlejsze warstwy, zasługują one sobie do tego stopnia na zaufanie ludu, że on sam we wszystkim gotów jest zastąpić się przez nie. Zyskanym zaufaniem owe wyższe warstwy nie dozwalają ludowi samemu o sobie myśleć, a tym mniej działać, lecz one myślą i działają za niego, przekraczając dane czysto zwierzęcego zmysłu socjalnego i dopuszczając dane dostarczane przez wyższy “zmysł polityczny”, kształtowany stopniowo także u włościan przez ich udział w “życiu i usługach publicznych”. Wzmacnianie stanowiska Polaków miało się dokonać przez zwiększenie “zastępu narodowego o warstwę z natury zachowawczą”, proces ten jednak miał być długotrwały, oparty o przeświadczenie, że obywatela stworzyć może tylko obywatel, że akt dopuszczenia warstw nieprzygotowanych do udziału w życiu publicznym, akt “uobywatelnienia przez prawo”, a nie przez “wychowanie do obywatelstwa przez dojrzałych obywateli”, może być niebezpieczny nie tylko dla wyższych warstw społeczeństwa, ale i dla samego państwa. “Zmysł polityczny” jako “czysto duchowy” musiał przytępić “zmysł socjalny”, którego dominacja jest czynnikiem anarchizującym życie publiczne i powodującym, że to, co zwierzęce zaczyna górować nad tym, co duchowe. Istnienie gminy zbiorowej, łączącej ziemian z włościanami w pracy około spraw lokalnych, było warunkiem prowadzenia “pracy wychowującej” obywateli, ustalającej w nich “zmysł” lub “poczucie polityczne”, będące warunkiem wstępnym dla starań o autonomię kraju24; starań uwieńczonych kilka lat później sukcesem tylko w Galicji, znajdującej się odtąd w jakże odmiennym położeniu od innych ziem polskich, pozostających pod władztwem prusko-niemieckim i rosyjskim.

Po wycofaniu się z “Czasu”, Koźmian przeniósł się do Wiednia (ostatecznie w 1898 r.), skąd pisywał felietony i korespondencje do krakowskiego dziennika (wydane jako Podróże i polityka, 2 t., Kraków 1905), doradzał premierowi K. Badeniemu i wydawał pismo “Le Petit Journal de Vienne”, przekonując o potrzebie przeciwstawienia się przez Austrię rosyjskim wpływom na Bałkanach i w krajach naddunajskich, uzasadniając swe stanowisko racjami wyłożonymi uprzednio w obszernej pracy Monarchia Habsburgów i wojna wschodnia 1877-1878 r. W Wiedniu przygotował Koźmian także kilka większych rozpraw, wśród których zwraca szczególną uwagę Rzecz o roku 1863, dwukrotnie wznawiana praca wydana w trzech tomach w Krakowie w 1894 r., przynosząca krytykę linii politycznej środowiska paryskiego, Towarzystwa Rolniczego A. Zamoyskiego i “białych” oraz wciąż powracającej w polskiej rzeczywistości “spiskomanii”. Dzieło ściągnęło na Koźmiana ataki tak że strony radykałów hołdujących opcji liberalnej lub demokratyczno-liberalnej25, jak i autorów uchodzących w środowisku “stańczyków” za “zachowawców skrajnych”. Zaliczany do ostatniej grupy Jerzy Moszyński zarzucił Koźmianowi nieszczerość, wynikającą z trwania w ścisłym związku w przeddzień wybuchu i w trakcie powstania z ugrupowaniem Zamoyskiego, a za jego pośrednictwem z emigracyjną grupą Czartoryskiego. Także Koźmian, wbrew uwagom o kierunku przyjętym w trakcie powstania przez “grono krakowskie”, miał czynić z idei niepodległości Polski dogmat nie podlegający żadnej dyskusji, uzupełniając go artykułami wiary, jakoby Polska niepodległa była niezbędna dla równowagi i szczęścia Europy, a Europa wcześniej lub później sama koniecznością logiki historycznej była zmuszona do jej odbudowania. Teoria ta, stawiając cel zbyt odległy, choćby związany z wizją wojny kończącej czas “zbrojnego pokoju”, nadal oddawała naród na łaskę Europy, odejmując mu wszelką samodzielność działania w teraźniejszości przez wzywanie do zachowania “zgody społecznej” w każdych okolicznościach, a przez to do bezwiednego, krytykowanego tylko werbalnie, przyzwolenia na dominację ilości nad jakością26.

Treść deklarowanej przez Koźmiana “polityki trójlojalizmu”, jego krytyka niebezpiecznych tendencji politycznych ostatniej ćwierci XIX w. przeczą zarzutom Moszyńskiego, zwolennika zbliżenia Austrii do Rosji, upatrującego w Prusach raczej niż w Moskwie głównego negatora polskich zabiegów, w istocie zarzucającego “stańczykom” błąd zgubnego naśladowania antyrosyjskiej opcji dawnego środowiska emigracyjnego i nieszczerości deklarowanej polityki. Nie wdając się tym miejscu w dyskusję nad konsekwentnością zerwania przez Koźmiana i jego politycznych przyjaciół z tradycją emigracyjną, warto jedynie zauważyć, że szkoła politycznego myślenia nazywana przez przypominanego konserwatystę “stańczykowską” nigdy nie traktowała Galicji jako “polskiego Piemontu”, a mając na celu ogólny interes narodowy polski – nigdy go nie mierzyła ani ograniczała stosunkami jednej części Polski; że pragnęła natomiast wytworzyć regułę życia dla narodu, wynaleźć podstawy bytu narodowego dla wszystkich i każdej z osobna części, działając skutecznie w Galicji, w pewnej mierze również w zaborze pruskim, jedynie “obronnie” natomiast w zaborze rosyjskim, poddanym rządowi odpychającemu postulowany przez “stańczyków” kompromis, zastępującemu go prześladowaniem i tępieniem27, niezdolnemu tedy – wbrew stanowisku Moszyńskiego – uwzględnić racji ludów poddanych jego władztwu; racji, które miał uznać dopiero w obliczu zagrożenia zewnętrznego, w obliczu wojny. Niepodobna orzekać, czy przewidywanie takie było również następstwem nie dość konsekwentnej negacji dawnego, wciąż kwestionowanego w deklaracjach Koźmiana rachowania na pomoc zewnętrzną; bo choć powitał on wybuch I wojny światowej jako zapowiedź spełnienia marzeń o autonomicznej albo i niepodległej Polsce, o rozwiązaniu wreszcie jej “sprawy” przez konflikt między mocarstwami rozbiorowymi, warto przecież pamiętać, że już krytykując bezrozumność irredenty styczniowej Koźmian stale podnosił, że tylko “wojna europejska” może stworzyć warunki dla skutecznego podniesienia “sprawy”, która nie jest “boża”, jak sądzili poeci romantyczni, lecz “ludzka”, osadzona w realiach politycznych Europy, włączona w grę ogólniejszych interesów i dążeń poszczególnych mocarstw28, połączona jednak z trudem obrony i budowania bytu narodowego. Teraz wojna taka wybuchła, ziemie polskie, choć podzielone, mogły zyskać autonomię większą nawet niż galicyjska, w sprzyjających okolicznościach niepodległość dzięki więzi z najbliższą kulturowo Austrią, której interes był zbieżny z ich interesem Polaków, jako że jej przyszłość była w polskich ziemiach zagarniętych przez Rosję29.

Wyznanie stańczykowskiej szkoły, które łączyło losy i korzyści monarchii z losami i korzyściami narodu polskiego, nakazywało seniorowi Polaków zasiadających w parlamencie austriackim, ufnemu w zwycięstwo mocarstw centralnych członkowi Izby Panów, jeszcze tuż przed zakończeniem wojny, bo w październiku 1918 r., opowiadać się za unią personalną Polski niepodległej z państwem Habsburgów i wierzyć w trwałość ładu monarchicznego. Koźmian doczekał niepodległości, zmarł 3 lipca 1922 r. w Krakowie, do którego wrócił w 1919 r. ze zmieniającego oblicze polityczne Wiednia. Zapewne radował się z niej ten, który twierdził, że niedobrze jest być państwem, które nie opiera na sobie samym bytu, lecz na zewnętrznych warunkach i obcych rachubach; który głosił, że jeszcze gorzej jest być narodem pozbawionym bytu państwowego, nierównie gorzej narodem podzielonym między trzy państwa, najgorzej atoli nie być30. Zapewne jednak, jak inni konserwatyści, negatywnie oceniał kształt ładu ustrojowego przyjętego przez Sejm Ustawodawczy, którego członkowie wyrośli w klimacie charakterystycznym dla przełomu XIX i XX w., zdominowanym przez “myślenie partykularne” masowych partii, zabiegających o “poparcie liczby” i postrzegających politykę jako dziedzinę walki społecznej i narodowej, a nie przestrzeń budowania tego, co wspólne. Ład, którego istotę wyznaczały rządy parlamentu, dotknięty był błędami wyrosłymi z potęgującego się od narodzin masowych partii “stanu bezkarności” lub nieodpowiedzialności nie tyle mężów stanu, co parlamentarzystów takich ugrupowań. W ustroju, który wzmacniał dobrodziejstwo bezkarności politycznego niedołęstwa i utwierdzał mierność, nijakość, bezbarwność intelektualną powodowaną dominacją “zmysłu socjalnego”, niepodobna było liczyć na to, że panować będzie polityczny rozum i rozsądek31. Choć w wypowiedziach Koźmiana nie odnajdujemy szerszej analizy wpływu “masowej kultury” na wzmaganie się “masowej polityki”, dostrzegamy przecież przykrą konstatację, iż sztuka rządzenia zdaje się być zagubiona; że objawem nowego stanu rzeczy jest z jednej strony uznanie za działającą systematycznie, periodycznie instytucję mordu politycznego, mordu przeciwspołecznego, który nie zna już względu na osoby i godności, lecz uzasadnia każdy akt racjami mającymi fundament w politycznych emocjach tłumów, z drugiej zaś brak prawdziwych mężów stanu, którzy potrafią wznieść się ponad potrzebę popularności i realizować dalekosiężne cele związane z kierowanymi przez nich wspólnotami politycznymi albo narodami włączonymi w takie wspólnoty.

Świat polityczny dotknięty “periodycznym mordem” i owładnięty emocjami jednostek i grup stał się jałowy i niepłodny, wypełniony przez polityków szukających jedynie poklasku, zabiegających o względy, epatujących hasłami odpowiadającymi niskim namiętnościom, skupiających się na staraniach o spełnienie obietnic danych partykularnej grupie, a nie o wzmocnienie państwa nawet mimo ich pretensji, wzorujących się choćby na podziwianym przez Koźmiana, ale i krytykowanym Bismarcku32, którego dzieło zjednoczenia Niemiec zrodziło się z popiołów polskiego powstania 1863-64 r.33 Powstania, wokół którego ogniskował się namysł Koźmiana nad światem politycznym nie teoretyczny, nawet nie sięgający centralnych kategorii filozofii politycznej, odnoszący się natomiast do praktycznej warstwy rzeczywistości, sceptyczny – jak przystało na członka “szkoły stańczykowskiej” – wobec dogmatów i abstrakcyjnych idei politycznych, ale też wzywający do wytrwałej pracy około bytu narodowego jako głównego warunku bycia niepodległego państwa.

 

* * *

W niniejszym wyborze pism Stanisława Koźmiana przyjąłem chronologiczny porządek prezentacji tekstów powodowany chęcią ukazania konsekwentności myśli autora w stosunku do tez zawartych we fragmentach Teki Stańczyka. Wybrane teksty opatrzyłem przypisami, które w kolejnych fragmentach – gwoli uniknięcia zbędnych powtórzeń – odsyłają niekiedy do przypisów w tekstach wcześniejszych, przystając na “unowocześnienie” pisowni, ale nie składni stosowanej przez Koźmiana.

 

Bogdan Szlachta

 

(wstęp do wyboru pism Stanisława Koźmiana, „Bezkarność”)

 

Przypisy

 

1  Dane biograficzne przytaczam głównie za: Z. Jabłoński, J. Zdrada, Koźmian Stanisław, [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. XV, Wrocław 1970, s. 61-66.

2  Kilka słów o naszych stosunkach, Rzeszów 1861, s. 32-33. Dlatego też przekonani jesteśmy, pisał dalej Koźmian, iż wedle ducha tych zasad winniśmy ustroić nasze społeczeństwo, albowiem dla nas demokracja to wedle najdawniejszych definicji tylko równe powołanie wszystkich do spraw publicznych, a więc powołanie do zastępu narodowego (ibidem, s. 34).

3  Że rachuby co do wystąpienia Austrii były chybione, wyznaje Koźmian w napisanej ćwierć wieku po powstaniu Rzeczy o roku 1863: Podniesienie sprawy polskiej wytwarzało dla Austrii ogrom niebezpieczeństwa, przedstawiało nie tylko wątpliwe, ale niezmiernie trudne do osiągnięcia korzyści. Podwójnie zatem sprzeczne było z istotą i tradycją tego mocarstwa. Dodajmy podwójną nieufność: do cesarza Napoleona III oraz wówczas jeszcze równie zakorzenioną do Polaków, którą ich związki rewolucyjne i udział we wszelkich ruchach wymierzonych przeciw Austrii tłumaczyły dostatecznie. Do tego dochodził jeszcze wniosek natury ogólniejszej, iż podział Polski wytworzył między trzema mocarstwami spójnię, która wobec samych siebie i innych zabezpieczała im polskie nabytki. Każde z nich czuło zatem niebezpieczeństwo naruszenia jej. Był to niezawodnie jeden z powodów, dla których Austria nie zapragnęła i nie przedsięwzięła kroku stanowczego w sprawie polskiej i powoływała się na nienaruszalność europejskiego stanu posiadania. W końcu uwaga istotna na przyszłość: Przecież, jeżeli odbudowanie Polski za współudziałem Austrii mogło znaczne i uzasadnione budzić wątpliwości co do korzyści i strat, jakie by jej przyniosło, zwiększenie posiadłości polskich, sprostowanie granic owego, tak bardzo nierównego podziału, przedstawiało dla niej niezaprzeczone zyski polityczne, których zdrowa polityka co najmniej lekceważyć nie powinna była (t. III, Warszawa 1903, s. 54-56).

4  Koźmian uznał, że zalecenie odrzucenia amnestii stało się zgubnym z jednej strony wskutek zasadniczego błędu powstania, który nie był naszym (tj. redaktorów “Czasu” i członków “grona krakowskiego”), z drugiej jednak również pomyłki naszej, że przypuściliśmy, iż z błędu zasadniczego wyniknąć mogą okolicznościowe korzyści, iż mniemaliśmy, że można złemu zaradzić złe zwiększając, słowem, że klęskę jaką nam zadało powstanie zażegnać, a nawet zużytkować się da, wywołując nim pomoc zagraniczną. Korzystać można i zyski ciągnąć z błędów przeciwników, nigdy z własnych. Zawiniłem nie mniej niż inni, ale mogę sobie przyznać, że i nie więcej jak inni (ibidem, t. I, Warszawa 1903, s. 128). We wrześniu 1863 r. “Czas” toczył nadto kampanię za uznaniem powstania stroną wojującą w następstwie odsądzenia Rosji od prawa posiadania Polski (ibidem, s. 223).

5  W Rzeczy o roku 1863 Koźmian następująco charakteryzował stan po upadku powstania: Zaniechanie nieszczęsnego działania nie zmniejszyło dla nas okropności położenia. Usposobienie nasze ówczesne tylko wyrazem “rozpacz” da się określić. Teraz zrozumieliśmy, wobec bezowocności naszych usiłowań, ich zgubność, czuliśmy, iż za późno kładziemy im koniec, aby w najmniejszej mierze naprawić zło wyrządzone sprawie i krajowi. Rozpacz tym silniej opanowywać nas poczęła, że ją dotąd przygłuszała gorączkowa działalność, teraz budziła nieczynność, i nic dziwnego, że niejednemu wobec samobójczego zamachu narodu nasuwały się samobójcze myśli. Nie jest moim zamiarem, wyznawał Koźmian, zmniejszać winy własnej i moich przyjaciół. Przeciwnie, chciałem wykazać, jak dalece niedoświadczenie w sprawach publicznych, brak dostatecznego wyrobienia charakteru i sądu, zwłaszcza i przede wszystkim wpływ błędnych, acz szlachetnych wyobrażeń, w których się jest wychowanym, zgubnymi stać się muszą we wszelkim działaniu politycznym, jak w nim dobre i czyste zamiary nie wystarczają, jak wychodząc z fałszywego punktu widzenia niepodobna dróg sprostować i do celu dojść. Chciałem wykazać, że są przedsięwzięcia tak dalece szalone, iż wszelkie w nim rachuby okazać się muszą mylnymi, a rozsądne usiłowania stać się zgubnymi oraz że jest bezrozumem chcieć do nich stosować prawidła rozumu. Przedsięwzięcia takie rozbijają się o niepodobieństwo, a kto niepodobieństwa nie rozpoznał ten już zawinił (t. I, op. cit., s. 253-254).

6  Ibidem, t. III, s. 234-235.

7  Podróże i polityka, t. I, Kraków 1906, s. 124.

8  Rzecz o roku 1863, op. cit., t. III, s. 345.

9  Ibidem, s. 348.

10 Ibidem, t. III, 340. Brak wytrwałości i stałości, wywodził Koźmian, brak stanowczości zdania u rozsądnych, poważnych, roztropnych, rozumnych, wobec przedsięwzięć nierozsądnych, lekkomyślnych, nierozważnych, niedorzecznych był także następstwem wad narodu. Wygórowana próżność, wykształcona dawnym ustrojem Rzeczypospolitej Polskiej i jej konstytucją, wymagających poszukiwania popularności i wzięcia nawet kosztem przekonania, zniknięcie wskutek tego odwagi cywilnej, która nie mogła się wśród urządzeń Rzeczypospolitej wyrobić, duma osobista i rodowa, która na tle tych urządzeń potwornych, bo arystokratyczno-demokratycznych, wybujała, były wadami politycznymi, które niepodległa Polska przekazała porozbiorowej i które stały się, w znacznej części, przyczynami błędnego zachowania się i karygodnego postępowania zachowawczych żywiołów. Nie potrafiły one nie tylko zapobiec, ale nawet odłączyć się od przedsięwzięć i działań zgubnych dla narodu – a przecież było to ich powołaniem. W społeczeństwie, w którym zło nie znajduje przeciwwagi musi ono wziąć górę. Nie same przecież wrodzone lub przez przeszłość przekazane wady były przyczyną błędów stronnictwa zachowawczego. I ono także uległo wychowaniu i wyobrażeniom porozbiorowym. I ono więcej ceniło niepewne widoki bytu państwowego niż istotne warunki bytu narodowego. I ono ślepo wierzyło w obcą pomoc mającą dopomóc do odbudowania państwa polskiego. Ta tylko ważna zachodziła między nim a demagogicznym stronnictwem różnica, iż nie tylko uniemożliwiało, ale podejmowało pracę około bytu narodowego i czuło jego ważność, a przypuszczało przedsięwzięcie odbudowania państwa polskiego jedynie za współudziałem obcej pomocy, czym było mądre, roztropne, sumienne i czym też jego patriotyzm był rozumny (ibidem).

11 /A. Wrotnowski/, Porozbiorowe aspiracje polityczne narodu polskiego, wyd. II, Kraków 1883, s. 4. i 205.

12 Rzecz o roku 1863, t. III, wyd. 2, Kraków 1896, s. 372-373.

13 Bezkarność, [za:] Pisma polityczne, Kraków 1903, s. 9-10.

14 O działaniach i dziełach Bismarcka, op. cit., s. 72.

15 Ibidem, s. 312.

16 Ibidem, s. 54-56. Prusy nie drażniły ani pobudzały nigdy szlachetnych i dodatnich stron charakteru polskiego, umiały zawsze uderzać i wyzyskiwać jego słabe i ujemne, snuł porównanie Koźmian. Przeciwnie Rosja wywoływała do walki z sobą to, co stanowi rdzeń szlachetną naszego narodowego charakteru i wszystkie nasze zalety, a nie umiała chwycić nas za nasze słabości. Tym sposobem Prusy miały za sprzymierzeńców wszystkie nasze wady, Rosja za przeciwników wszystkie nasze zalety. Polacy umieją się zachowywać w nieszczęściu i nędzy; powodzenie chwilowe upaja ich zbytecznie, dobrobyt zawraca im głowę, gotowi wśród niego zniedołężnieć lub szaleństwa popełniać. Naród polski, przywiązany do swej narodowości, oburza się na gwałty i gwałty te wywołują w nim cuda poświęcenia i wytrwałości; ale, mało polityczny, nie przeczuwa do czego doprowadzić może łagodne a podstępne z nim postępowanie; umiał zrywać się do walki, nie umiał się ochraniać. Postępowanie rządu rosyjskiego budziło co chwila przywiązanie do wiary i narodowości; pruski rząd zaś pozostawiał te sprawy na boku, w cieniu, a rozbudzał chęć dobrobytu. W owych czasach rząd pruski nie prześladował religii ani też nie zabraniał używania ojczystego języka, w sprawach religijnych był jeszcze oględny, w językowej obojętny. Wielka wolność osobista i polityczna, równość praw dla wszystkich, wyborna, sprawiedliwa, nieskazitelna administracja, doskonałe urządzenie stosunków kredytowych, uporządkowanie własności i wielkie jej poszanowanie, czyniły życie pod panowaniem pruskim nie tylko znośnym, ale wygodnym, tak że łatwo można było zapomnieć o idei, o narodowości, o tradycjach historycznych (ibidem).

17 Gwoli uzupełnienia dodajmy, że Koźmian był nie tylko parlamentarzystą i publicystą politycznym. Udzielał się również w autonomicznej Galicji na polu teatralnym. Już w 1865 r. poparł przedsięwzięcie A. Skorupki, który po objęciu dyrekcji krakowskiego teatru powierzył mu artystyczne kierownictwo, zatem także dobór repertuaru, a nawet reżyserię niektórych spektakli wystawianych na jego deskach. Jednak trzy lata później Koźmian odszedł z teatru, poróżniwszy się z dyrektorem i zaangażowawszy w działalność polityczną. Po kolejnych trzech latach, w 1871 r., wrócił doń jednak, gdy ciężko chory Skorupka przekazał mu faktyczne kierownictwo. W następnym roku, po śmierci formalnego dyrektora, Koźmian objął kierownictwo, redagując zarazem czasopismo “Afisz teatralny” (1871-77), popularyzujące wiedzę o teatrze w Krakowie, oraz powołując komisję doradczą, która wspomagała dyrektora w doborze polskich sztuk i opiniowała kierunek teatru. Od 1878 r. zniechęcony nie tylko finansowymi trudnościami związanymi z prowadzeniem teatru, Koźmian powoływał współdyrektorów, jednak krytyka jego organizacyjnych poczynań i konfliktów z aktorami, trafiała głównie w niego. W 1885 r. zrzekł się ostatecznie dyrekcji i już tylko kilka razy włączał się w aktywność krakowskiej sceny, inscenizując dzieło Arystofanesa i biorąc udział w debacie o kształcie architektonicznym nowego teatru. Jego zasług dla krakowskiej sceny niepodobna jednak zapoznać: repertuar przezeń ustalany, odpowiadający jego rozumieniu narodowej funkcji teatru, pełen był wielkich dramatów narodowych, nade wszystko zaś dzieł Słowackiego, znakomicie reżyserowanych przez samego Koźmiana. Wyreżyserowani przez J. Rychtera Konfederaci barscy Mickiewicza spotykają się w nim z dramatami Szekspira, dzieła Kochanowskiego, Krasickiego, Bogusławskiego i Zabłockiego, a przede wszystkim Aleksandra Fredry, z dramatami Racine’a i Moliera, Schillera i Goethego (zob. szerzej A. Bar, Teatr krakowski pod dyrekcją Koźmiana, Lwów 1939).

18 Każdy czuł, pisał Koźmian analizując sens “zbrojnego pokoju”, że wcześniej czy później przyjść może do europejskiego starcia, do wielkiej wojny. Nikt, nawet pacyfiści przypuścić nie mogli, że podział Europy na dwa obozy, które wciąż uzbrajały się, zapewni wieczny pokój. Nikt nie wiedział, kiedy przyjdzie do wojny, bo nieobliczalne zdarzenie mogło ją zawsze wywołać, jak też jej grozą oddalić ją. Najzuchwalszym paradoksem było twierdzenie, że bezbrzeżne zbrojenia utwierdzają pokój. Skoro przyjść miało do wojny, lepsza dla dwóch środkowoeuropejskich mocarstw wczesna niż odwlekana. Także dla świata. Dopiero po niej odetchnąć może, wprawdzie po strasznym jej uścisku (Podczas wojny 1914 r., b. r. i m. w., s. 2-3).

19 Przemówienie w 30-tą rocznicę założenia “Czasu”, [w:] Pisma polityczne, Kraków 1903, s. 392.

20    List otwarty do posła Bobrzyńskiego z 6 IX 1889 r. Kraków 1889, s. 5. W 1861 r., rozróżniając demokrację od demagogii, Koźmian pisał, że już starożytni Grecy znali podobną dystynkcję, mając za demokrację jedną z trzech naturalnych doskonałych (acz nie najdoskonalszą) form rządu, demagogię natomiast za jej zwichnięcie. Trzeba by już raz porozumieć się – wzywał. Otóż u nas biorą często demagogię za demokrację, to jest popsucie i nadużycie zasady za zasadę. Demokracja w naszych czasach to równouprawnienie, to zasady którymi dziś (tj. za II Cesarstwa) kieruje się Francja i prawie wszystkie cywilizowane społeczeństwa, to zasada która faktycznie rządzi już naszą prowincją, to jednym słowem zdobycze rewolucji francuskiej. Demagogia zaś to wszystkie zboczenia rozumu ludzkiego. Dlatego jeżeli wolno z góry potępić demagogię, nie wolno potępić demokracji, przynajmniej nie bez dyskusji (Kilka słów…, op. cit., s. 33).

21 List otwarty…, op. cit., s. 10.

22    Kilka słów…, op. cit., s. 37-38.

23    Ibidem, s. 16-17. Choć problem “interesu”, tak istotny w rozważaniach Koźmiana dotyczących stosunków międzynarodowych, wysuwał się na pierwszy plan, to był to mimo wszystko plan dalszy niż oświata, która szlachta jako stan, a nie zbiorowisko jednostek, szerzyć miała wśród ludu, skoro pisał on w tym samym tekście, że brak oświaty jest niezawodnie jedyną, wyłączną, rzeczywistą przyczyną złego, a należyte oświecenie ludu rozwiązuje całe zadanie (ibidem, s. 20-21). Dodajmy, że rozważając drażliwy problem służebności, Koźmian odmawiał racji “komunistycznym dążeniom” tych, którzy postulowali oddanie chłopom praw właścicielskich do spornych nieruchomości, zarazem jednak postulował ze względu społecznego odstępowanie gromadzie niezbędnych dla niej pastwisk i lasów, ale tylko o ile krok tego rodzaju wynika z własnego popędu większego właścicieli i za wykupem (ibidem, s. 23-24).

24    Kilka słów…, op. cit., s. 29-31. Natura rdzennych stosunków, pisał gdzie indziej Koźmian, podstawy bytu społeczeństw nie zmieniają się. Jak zapoznanie w przeszłości ważności stosunków agrarnych doprowadziło do upadku politycznego, tak dalsze zaniedbywanie kwestii włościańskiej doprowadzić może do zagłady narodowości, a jak w przekonaniu największego króla naszego już przed wiekami stosunki agrarne były dla nas najważniejszymi, tak dziś w sumieniu uczciwych i w pojęciach rozumnych kwestia włościańska jest wszystkim. Jeżeli dawniej była ona podstawą bytu ekonomicznego i politycznego państwa, to dziś jest ona przede wszystkim treścią bytu narodowego. Jeżeli wieś nasza pozostanie polską nie tylko mową, ale duchem i wiarą, nie zginie Polska (Nasze stosunki, recenzja z dramatu W. L. Anczyca pt. Emigracja chłopska, “Przegląd Polski”, r. XI, zeszyt IV, październik 1876 r., s. 40-41).

25 Zob. w szczególności krytyki zawarte w tomie Stronnictwo krakowskie o styczniowym powstaniu. Rozprawa w Kole literackiem we Lwowie o książce p. Stanisława Koźmiana pt. “Rzecz o 1863 r.”, Lwów 1895 (nade wszystko teksty T. Romanowicza).

26    Myśl polityczna z księgi dziejów cierpień i pracy, Kraków 1895, t. II, s. 175.

27 Rzecz o roku 1863, t. III, wyd. 2, Kraków 1896, s. 370-372.

28    Pisał Koźmian w Rzeczy o roku 1863: Istotna i skuteczna pomoc obca, na którą liczyły zastępy wychowanych w treściach porozbiorowych pokoleń, zmierzająca do odbudowania państwa polskiego mogła nadciągnąć jedynie z wielką wojną europejską; zatem dopóki taka wojna nie wybuchłaby i nie dotarła do ziem polskich z zamiarem wyswobodzenia ich, niepotrzebne były, a przez przedstawicieli pierwszego systemu za marne i zgubne uznane być musiały, zbrojne powstania, tym samym poprzedzające je spiski (t. III, s. 330)

29    Podczas wojny 1914 r., op. cit., s. 1. Austro-Węgier wielkiej polityki celem – kontynuował Koźmian – może być tylko, z jednej strony, odepchnięcie Rosji od Bałkan, z drugiej zaś zabezpieczenie się przez wzmożenie się, co może zostać dokonane jedynie za zwiększeniem się polskimi nabytkami, nowymi polskimi posiadłościami w należytej politycznej mierze, cel, którego spełnienie w następstwie wielkiej wojny stałby się najlepszą, najistotniejszą, nie wątłą i nie zawodną rękojmią bytu dla polskiego narodu, dla jego religii, wiekowej kultury (ibidem, s. 8). Dlatego, konkludował, pewne jest, że na wszelki wypadek dodatnio może tylko wpłynąć na polskie losy wierne, dzielne, męskie, wytrwałe zachowanie się i postępowanie polskich poddanych monarchy habsburskiej monarchii względem niej, co obecnie jest jedynym państwem, na którego istnieniu zależeć musi i zależy Polakom, którego też wzrost i wzmożenie pożądanymi im są. Przegrana dwóch środkowoeuropejskich mocarstw byłaby klęską polskiego narodu oraz w tej części Europy katolicyzmu pogromem (s. 6), bo właśnie po stronie Austrii, podejmującej rozstrzygające wysilenie zarówno dla siebie, jak i dla “sprawy polskiej”, tkwiło szlachetne, etyczne tło (s. 3).

30    Monarchia Habsburgów i wojna wschodnia 1877-1878 r., [w:] Pisma polityczne, op. cit., s. 756.

31 Bezkarność, op. cit., s. 39-40. Odnosząc się szczególnie do stosunków galicyjskich Koźmian pisał: Karać głupoty u nas nie tylko, że nikt nie chce, ale nikt nawet nie umie, “kto jest bez winy, niech rzuci na nią kamieniem” zdaje się być godłem pokolenia. Można u nas popełnić tysiące niedorzeczności, dać sobie świadectwo najpiękniej rozwiniętej nieudolności, przecież być zdolnym do wszystkiego i do wszystkiego powołanym. Niesłychana też jest w następstwie zasłaniającej ją bezkarności siła niedorzeczności u nas i zaprawdę wobec jej powodzeń sprawiedliwość zakryć musi zasmucone oblicze. W rozbujaniu swym głupota u nas staje się figlarna i zmyślna i rzec można, że obdarzona jest pewnym sprytem, tym przynajmniej, który zapewnia powodzenie. Szczęście daje rozum! Nigdzie jednak niedorzeczność nie stwierdziła się tak zuchwale i nie grasowała i nie grasuje jeszcze tak bezkarnie, jak w naszym dziennikarstwie; prawdziwe to pole jej zwycięskich popisów. I przyznać trzeba, że ta bezkarność wcale nie jest stronnicza, bez różnicy zasad i przekonań stronnictw i obozów zasłania ona nieuctwo, niedołęstwo, niezdarstwo i nudę w dziedzinie publicystyki i dziennikarstwa. Na wszystkie te zbrodnie nie ma u nas kary! Czy w publiczności brak jest zastanowienia, czy sądu, czy odwagi, czy rozumu? Nie wiemy doprawdy, ale to pewne, ze nie ma kraju, w którym by ludzie dali się truć drukowanymi niedorzecznościami i pozwalali zabijać się drukowanymi nudziarstwami z taka cierpliwością i dobrodusznością. Jestże i tu owa przypisywana nam potrzeba i żądza męczeństwa!? (ibidem).

32    O działaniach…, op. cit., s. 534-535

33    Rzecz o roku 1863, t. I, op. cit., s 240.

 

 


Projekt zrealizowany przy udziale finansowym Miasta Krakowa


OMP poleca