Krakowskie tradycje intelektualne

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home

Jarosław Szarek, "Propaganda w procesie kurii krakowskiej"

Email Drukuj PDF

Sądzonym w 1953 roku w tzw. procesie kurii krakowskiej towarzyszyła wszechobecna kampania propagandowa. Wypędki, kanalie, szumowiny, szubrawcy, wyrzutki, bandyci… Lista epitetów, jakimi określano skazanych, była długa i zależała jedynie od inwencji autorów. Literaci prześcigali się nie tylko w nienawistnych komentarzach, ale i żartach. Nie zabrakło nawet ochotników do wieszania skazanych duchownych. Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego przygotował się do procesu starannie. Zakładano, że będzie on bardzo poważnym wydarzeniem i punktem zainteresowania społeczeństwa nie tylko w skali krajowej, ale i w bratnich krajach demokracji ludowej oraz odbije się głośnym echem wśród ogółu postępowego społeczeństwa w naszym kraju, które z dużym zainteresowaniem śledzić będzie jego przebieg i domagać się najsurowszego wymiaru kary dla dywersantów i szpiegów w sutannach. Jednocześnie przewidywano, że stanie się kolejną porażką wrogich jednostek i ośrodków w naszym kraju.

Proces miał przebiegać w atmosferze dezaprobaty dla oskarżonych. W celu zapewnienia odpowiednio dobranej publiczności wejściówki rozprowadzały m.in. zakładowe komórki PZPR, ZMP, wojsko. Na sali, balkonie i korytarzach cywilni funkcjonariusze UB pilnowali porządku. Wokół budynku zorganizowano dwuosobowe posterunki MO, rozstawiono także licznych agentów, którzy na bieżąco przekazywali informacje o komentarzach zebranych. Co dziesiąty obecny w sali zakładów Zieleniewskiego (wtedy im. Szadkowskiego) był funkcjonariuszem bezpieki. Proces relacjonowało ponad 30 dziennikarzy. Byli wśród nich młodzi komentatorzy „Trybuny Ludu”, Zygmunt Broniarek i Karol Małcużyński, a także gwiazda radiowej propagandy Wanda Odolska, nadająca codziennie obszerne relacje i komentarze emitowane w specjalnych audycjach. Już w przeddzień rozpoczęcia rozprawy ukazały się ogromne artykuły będące zapowiedzią procesu grupy szpiegów z ks. Lelito i Kowalikiem na czele. Propagandowa kampania nabierała tempa, aby trwać jeszcze wiele tygodni po wydaniu wyroku. Jej uderzenie kierowano dwoma nurtami. Pierwszy przedstawiał jako szpiegostwo niepodległościową działalności polityczną, tworzenie konspiracyjnych struktur, a przede wszystkim kontakty z emigracją. Drugi nurt propagandy kreował obraz zaprzedanego obcym interesom, zdegenerowanego, chciwego duchowieństwa, zajętego gromadzeniem dóbr doczesnych. Stało się to dominującym wątkiem propagandowego przedstawienia, w którym Kościół miał być głównym oskarżonym.

Kolekcje wódek i dolarów

Powszechną uwagę zwracają dowody rzeczowe umieszczone na podium wokół stołu sędziowskiego. Piętrzą się tu znalezione w mieszkaniach oskarżonych, a zwłaszcza w piwnicach i archiwach krakowskiej kurii bezcenne dzieła sztuki, stanowiące własność ogólnonarodową, jak stare malowidła, księgi, pasy słuckie. Obok nich widnieje broń – karabiny, a dalej grube pakiety dolarów i innych walut, słój pełen złotych monet, biżuteria, złote zegarki. Liczne kupony materiałów tekstylnych, kolekcje gatunkowych wódek, win i likierów, skrzynki papierosów i wreszcie zawartość paczek zagranicznych, które stanowiły jedną z form wynagrodzenia, jakie za swój nikczemny proceder otrzymywali oskarżeni od swych mocodawców – donoszono w prasie. W rzeczywistości żaden z tych przedmiotów nie był dowodem w sprawie. Stanowiły one odpowiednią dekorację, aby spektakl był bardziej przekonujący. Reżim zdawał sobie sprawę, że większą siłę propagandowego rażenia będzie miał nie ksiądz szpieg, ale duchowny na tle butelek alkoholu czy stosów dolarowych banknotów. Rozłożone banknoty dolarowe z nałożonym na nie konturem Niemiec – to zarazem czołówka filmu „Dokument zdrady”, który już w miesiąc po ogłoszeniu wyroku trafił do kin. Na tle tego obrazu Andrzej Łapicki czytał tekst Karola Małcużyńskiego. Niemcy zachodnie – tu Amerykanie znów hodują hitlerowskich morderców. Melina szpiegów i emigracyjnych szumowin. W recenzji filmu, zamieszczonej w „Trybunie Ludu”, Broniarek pisał: inteligentny i żywy komentarz, doskonale odczytany oraz odpowiednia muzyka podnoszą wartość filmowego reportażu z procesu krakowskiego. Podkreślić trzeba szybkość, z jaką film został wyprodukowany i opracowany. Film ten pomoże milionom ludzi zrozumieć całą ohydę metod imperializmu amerykańskiego, wykorzystującego religijne uczucia wielu wierzących dla zbrodniczych antypolskich celów. Komuniści bardzo często sięgali do oskarżeń o współpracę z niemieckim okupantem. Działającą w latach wojny i liczącą sto tysięcy członków Narodową Organizację Wojskową, stanowiącą podziemne wojsko Stronnictwa Narodowego, określano faszystowską bandą. Zatem ks. Lelito, od 1943 roku kapelan NOW, był hersztem bandy gestapowsko-enezetowskiej, dokonującej napadów terrorystyczno-rabunkowych. Z kolei Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej, którego ks. Lelito był opiekunem, a oskarżeni Kowalik i Chachlica wychowankami, stanowiło szkołę zdrady i współpracy z gestapo.

Esesmani i czarnogiełdzierze

W podobnym tonie przedstawiano niepodległościową emigrację, z którą kontaktowali się oskarżeni. Zygmunt Broniarek pisał w „Trybunie Ludu”: jest tzw. rada polityczna grupująca różnych wypędków, z których każdy „reprezentuje” jakąś „organizację”: „Stronnictwo Narodowe”, emigrancką wuerenowską „PPS” i… SS. Tak to wszystko pod różnymi szyldami jednakowi szubrawcy, szumowiny. Zestaw określeń oraz epitetów funkcjonował w ówczesnej propagandzie i niemal codziennie można je było przeczytać w prasie lub usłyszeć przez radio. Podczas procesu wzbogacono go opisem dóbr materialnych znalezionych u skazanych i w kurii. Choremu na nowotwór ks. Brzyckiemu (skazany na 15 lat, zmarł w 1954 roku, zwolniony z więzienia, aby umarł nie w celi) policzono wszystkie zgromadzone w mieszkaniu lekarstwa, a sprowadzony biegły orzekł, że wystarczyłoby ich dla tysiąca osób. Ze starczą chciwością zanurza swe ręce w stercie materiałów ks. Wit Brzycki, stwierdzając co chwilę: to moje, to moje, to moje… 187 metrów jest tej podszewki, 23 kupony materiałów ubraniowych, 6 aparatów fotograficznych, 4 złote zegarki, worek kawy, cukier, rozmaitej wielkości i jakości wódki, paczki deficytowych leków zagranicznych – tak informowano w sprawozdaniach z sali sądowej. W „Trybunie Ludu” Karol Małcużyński sprawozdawał: ks. Mazanek, notoryczny czarnogiełdziarz i spekulant […], nie cofał się przed wykradaniem dolarów z powierzonych mu w zaufaniu listów. Były kanclerz kurii nie mógł się bronić, nie żył już od dwóch lat. Codzienna dawka propagandowej strawy musiała być skuteczna. Już po trzecim dniu rozprawy szef krakowskiej bezpieki, Grzegorz Łanin, z satysfakcją depeszował do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie: sam przebieg procesu jest przekonujący, […] zainteresowanie społeczne procesem jest ogromne, nasza Partia odnosi ogromny sukces. Agentura donosiła, że spośród tysięcy notowanych wypowiedzi większość jest krytyczna wobec duchowieństwa, a szczególne wzburzenie wywołują informacje o majątku kurii. Nawet, jak donoszono do MBP, w środowisku kleru widoczna jest bardzo poważna konsternacja. Obecni na procesie przedstawiciele kurii kanclerz ks. Kuczkowski, notariusz sądu ks. Szczotkowski i delegat kurii do „Tygodnika Powszechnego” ks. Bardecki potępiają szczególnie ks. Lelitę, który ich zdaniem jest głównym winowajcą. Potępili oni również ks. Brzyckiego. Po dalszych zeznaniach w procesie bardziej przekonujące stały się dla nich również akcenty potępienia kurii krakowskiej. Stwierdzają również, że w świetle procesu zrozumiałe stały się represje, jakie zastosowano wobec obu biskupów krakowskich. Dobrze, że tak się tylko skończyło. Wśród księży reakcyjnych przygnębienie, a nawet przerażenie. Reżim odnosił wymierne korzyści z rozpętanej antykościelnej kampanii. Już pierwszego dnia procesu do zarządu wojewódzkiego ZMP zgłosił się kleryk z prośbą o kartę wstępu informując, że wśród studentów teologii panuje oburzenie na księży szpiegów i kilku jego kolegów szykuje się do wystąpienia z seminarium. W czasie procesu obiektem licznych oskarżeń i szyderstw był nieżyjący od półtora roku ks. kardynał Adam Sapieha. Zapytany po wojnie przez byłego amerykańskiego ambasadora w Moskwie, Averella Harrimana, o własne perspektywy, odpowiedział: no cóż, komuniści będą najprawdopodobniej unikać, w każdym razie jeszcze przez jakiś czas bezpośrednich ataków na mnie. W społeczeństwie będą różnymi sposobami podrywać zaufanie do mnie. […] Komuniści wiedzą, że nie mogą kupić ani mnie, ani żadnego biskupa, więc każdy chwyt jest przydatny do podrywania zaufania i siania podejrzeń. Jak pisał Broniarek o kardynale: zawsze trzymał sztamę z obszarnikami i zawsze przeciwko ludowi pracującemu Polski. Nie cofnięto się nawet przed zarzuceniem mu działalności szpiegowskiej, na którą rzekomo dostawał dolary od papieża – co podkreślał również Broniarek. Natomiast pod rządami ks. kard. Sapiehy w kurii zrozumiano, że karabin, który służył reakcji w roku 1945 i w następnych latach w walce z ustrojem ludowym, przestał być bronią aktualnie skuteczną. Zrozumiano, że należy zmienić metody walki na bardziej perfidne i zamaskowane, jak skrytobójstwo i dywersję, szpiegostwo. Kuria Krakowska stała się poważnym źródłem informacji i materiałów szpiegowskich, stała się ośrodkiem, cementującym reakcję na terenie archidiecezji krakowskiej. Także wygnany z archidiecezji ks. abp Eugeniusz Baziak stał się obiektem licznych ataków. Maciej Słomczyński ironizował w artykule „W lochach małego Watykanu” na temat kurialnych piwnic: oj, wstyd, kardynale, oj, wstyd, ks. arcybiskupie Baziaku – bo o kapustkę kiszoną to się dbało, nad ogóreczkami też się miało pasterską pieczę, winko w słomę się zawijało, żeby przypadkiem buteleczka o buteleczkę nie stuknęła i nie stłukła się. A z Madonną co? Nie zauważyło się jej pewnie w nawale pracy, bo trzeba było raz karabiny porąbać, to znów dolary zakopać. Z kolei Witold Zalewski pisał w „Przeglądzie Kulturalnym”: wielka nienawiść do postępu pchała księcia biskupa Sapiehę na drogę kreciej walki z Polską Ludową, do nienawiści dołączyła się jeszcze żądza posiadania dolarów, franków i funtów szterlingów. Bruno Miecugow groził: władza ludowa nie będzie miała litości dla szpiegów. Jej organa bezpieczeństwa w czujnej i niezmordowanej pracy potrafią szybko unieszkodliwić każdego wrogiego agenta. Wszyscy agenci ponieśli wprawdzie zasłużoną karę, ale to nie cofnie wyrządzonych szkód. Sławomir Mrożek wzywał do czujności: nie ma zbrodni, której byśmy się po nich nie mogli spodziewać. Zaciekłość niedobitków będzie tym większa, tym bardziej będą się upodabniać do SS-manów, do „rycerzy płonącego krzyża” – Ku-Klux-Klanu, do brunatnych i czarnych koszul – występując w tym samym, co SS-mani, krzyżowcy, koszule i inni falangiści interesie. Wyrok został wydany, ale kampania propagandowa trwała nadal. Prasa drukowała kolejne artykuły, wypowiedzi pełne oburzenia, rezolucje. Jedną z nich wystosowało 8 lutego 1953 roku 53 członków krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich …wyrażamy bezwzględne potępienie dla zdrajców Ojczyzny, którzy wykorzystując swe duchowne stanowisko i wpływ na część młodzieży skupionej w K[atolickim] S[towarzyszeniu] M[łodzieży] M[ęskiej] działali wrogo wobec narodu i państwa ludowego, uprawiali – za amerykańskie pieniądze – szpiegostwo i dywersję. […] Wobec tych faktów zobowiązujemy się w twórczości swojej jeszcze bardziej bojowo i wnikliwiej niż dotychczas podejmować aktualne problemy walki o socjalizm i ostrzej piętnować wrogów narodu – dla dobra Polski silnej i sprawiedliwej. Tekst podpisali m.in.: Jan Błoński, Karol Bunsch, Kornel Filipowicz, Andrzej Kijowski, Jalu Kurek, Henryk Markiewicz, Sławomir Mrożek, Julian Przyboś, Tadeusz Śliwiak, Maciej Słomczyński i Wisława Szymborska. Tego samego dnia „Nowa Kultura” zamieściła liczne głosy pisarzy poświęcone rozprawie. Leon Kruczkowski, Arkady Fiedler, Konstanty Ildefons Gałczyński, Gustaw Morcinek, Wilhelm Szewczyk powtórzyli wszystkie wcześniejsze oskarżenia pod adresem Kościoła. Wśród nich znalazły się dwa, również potępiające, ale w łagodniejszym tonie: Jerzego Zawieyskiego i Ewy Szelburg-Zarembiny.

…odgrywał go z humorem…

W dniach procesu krakowska bezpieka przygotowywała codzienne sprawozdania dotyczące komentarzy w środowiskach inteligenckich. Nastroje w związku z procesem księży są wśród dziennikarzy i literatów dość jednomyślnie wrogie oskarżonym, w ogóle zaś cała ta sprawa nie absorbuje tych ludzi tak, jak można by się było spodziewać. Jan Jaźwiec wyraził się, że chętnie by się zgłosił na ochotnika do wieszania księdza Brzyckiego – donoszono w raporcie bezpieki. Przy kawiarnianych stolikach agenci odnotowywali charakterystyczne wypowiedzi. Słomczyński Maciej utrzymywał, że wszyscy są warci stryczka i jest oburzony na swobodę oskarżonych, którzy zdają się nie widzieć przestępstwa w uprawianiu przez siebie szpiegostwa. Natomiast Kurek Jalu wypowiadał się również o tym, jak ks. Brzycki skrzętnie pokazywał te skarby i różne rzeczy, które mu zarekwirowano, a należały do niego. Odgrywał go z humorem. Wg donosu innego agenta Władysław Machejek, naczelny „Życia Literackiego”, twierdził, że za łagodnie odniesiono się do dostojników Kurii, gdyż wina Baziaka i Rosponda jest bardzo widoczna, obaj bowiem nie udzielili Lelicie pomocy, ale nie dali o tym znać władzom bezpieczeństwa. Wówczas Przyboś odparł mu, że w społeczeństwie polskim jeszcze tkwi to, że ludzie uważają współpracę z władzami Bezpieczeństwa za nieetyczną, więc sądzenie biskupów za to, że dali znać, wywołałoby może złe wrażenie na społeczeństwie. 27 stycznia 1953 roku przy wrogich pomrukach sali ogłoszono wyrok. Wieczorem komentowano go w świetlicy Związku Literatów Polskich. Widać było wśród tego środowiska pewną wewnętrzną aprobatę kary, jaka spotkała szpiegów. Rozmowy o procesie prowadzili literaci Słomczyński Maciej, Pleśniarowicz Jerzy, Kwiatkowska Halina, Szpalski Karol, Promiński Marian, Hordyński Jerzy, Stefan i Ewa Otwinowscy. Na ogół wypowiedzi były pozytywne – notował informator o pseudonimie „Skawiński”. Donosił także, że jedynie Stefan Kisielewski z „Tygodnika Powszechnego” kpił sobie mówiąc, że za takie wiadomości, jakie udzielali szpiedzy w Ameryce, dostałby w dziennikach najwyżej 30 centów za szpaltę. Kampania propagandowa trwała zaledwie kilka tygodni, ale jej efekty okazały się trwalsze. W 1959 roku Najwyższy Sąd Wojskowy uchylił hańbiący wyrok. W 1992 roku Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego unieważnił wszelkie orzeczenia organów sądowniczych i prokuratorskich wobec skazanych. Nikt jednak nie odwołał słów, które raniły równie boleśnie, jak lata spędzone w więzieniach.

Pierwodruk: Jarosław Szarek, Propaganda w procesie kurii krakowskiej, „Dziennik Polski”, 7 II 2003.

Tekst przedrukowany w tomie „Partia z narodem, naród z Kościołem”, który ukazał się w serii IPN i OMP „Z archiwów bezpieki. Nieznane karty PRL”, pod redakcją Filipa Musiała i Jarosława Szarka.

 


Projekt zrealizowany przy udziale finansowym Miasta Krakowa


OMP poleca